Wielki nieobecny
Asghar Farhadi, irański reżyser po raz drugi zdobył Oscara w kategorii "Najlepszy film nieanglojęzyczny". Twórca nie zjawił się jednak osobiście na gali, co było jego protestem przeciwko polityce imigracyjnej Donalda Trumpa, a w szczególności podpisanemu przez prezydenta USA dekretowi, zakazującemu wstępu na teren kraju obywatelom sześciu muzułmańskich krajów: Iraku, Syrii, Iranu, Sudanu, Libii, Somalii i Jemenu.
Przedstawicielka Farhadiego, która odebrała statuetkę w imieniu reżysera, odczytała napisany przez niego list:
Imigranci na gali
Inną formę protestu przeciwko polityce Trumpa wybrali twórcy, którzy zjawili się osobiście na gali, ale ze sceny skrytykowali antyimigracyjne podejście prezydenta USA. Jednym z nich był aktor Gael Garcíi Bernal. Przed wręczeniem statuetki w kategorii "Najlepszy film animowany", gwiazdor wygłosił krótką, ale jakże znamienną przemowę:
Podobnie brzmiała wypowiedź włoskich twórców Giorgio Gregoriniegiego, Alessandro Bertolazziego i Christophera Nelsona, którzy otrzymali Oscara za najlepszą charakteryzację do filmu "Legion samobójców". Odbierając nagrodę Bertolazzi powiedział:
Jimmi Kimmel nie odpuszcza Trumpowi
Nad prezydentem USA od samego początku gali znęcał się także jej gospodarz, Jimmy Kimmel. Już na początku wieczoru sprowokował publiczność do owacji na stojąco dla Meryl Streep, którą Trump nazwał jakiś czas temu "najbardziej przecenianą aktorką Hollywood".
W kolejnych swoich wystąpieniach Kimmel nie szczędził głowie państwa drobnych uszczypliwości, pokusił się także o zaczepienie Donalda Trumpa na Twitterze:
Hey @realDonaldTrump u up?
— Jimmy Kimmel (@jimmykimmel) 27 lutego 2017
Impulsywny zazwyczaj prezydent USA, tym razem jednak nie pokusił się o ripostę i zignorował zarówno zaczepki Jimmiego Kimmela, jak i słowa krytyki padające z ust pozostałych artystów. Trudno jednak nie zauważyć, że gala wręczenia Oscarów dawno nie miała tak politycznego wydźwięku.