Marcin Cichoński: Skąd wziął się pomysł, by pokazać Powstanie Warszawskie przez pryzmat tego, jaki wpływ wywarło na twórców kultury i popkultury?

Piotr Mularuk*: Nie ma jednej prostej odpowiedzi na to pytanie. Chodziło, by o Powstaniu nie mówić de facto w sposób historyczny, by nie był to kolejny film relacjonujący to, co się wydarzyło. By nie było dyskusji o tym, czy Powstanie jest słuszne, czy niesłuszne. To film zupełnie nie na ten temat. To miał być obraz o tym, jak my przeżywamy to dzisiaj, jak my widzimy powstanie.

Muzycy najszerzej trafiają do mas - ze względu na to, jaki jest zasięg popkulturowy, ze względu na to, że muzyk dociera do emocji, i ze względu na to, jaką muzycy mają siłę rażenia. Powstanie u muzyków właśnie zagrało najmocniej. Oczywiście oprócz piosenek są t-shirty, gry planszowe, książki i wystawy, ale wydaje mi się, że mają one mniejszy zasięg. I co jeszcze jest ważne, muzyka jest takim medium, które trafia do młodzieży. W filmie pojawili się oczywiście nie wszyscy muzycy, którzy tworzyli o Powstaniu, ale myślę, że ci najważniejsi są.

Jest pokazany fragment koncertu Lao Che. Proszę spojrzeć na młodych ludzi, jak oni reagują. Muzyka jest pasem transmisyjnym, który najlepiej działa na emocje, najlepiej pokazuje, co myślimy i czujemy na ten temat.

Z filmu i z obserwacji tego, kto śpiewa o Powstaniu. wygląda na to, że ten głos ma bardzo silny męski pierwiastek. 

Chodzi panu o parytety?

Nie, bo to nie wynika z regulacji, ale z potrzeby tych, którzy chcą o tym śpiewać…

Nie zgodzę się z tym, bo jest np. cała płyta "Panny wyklęte" - w filmie pokazuje się Marika, która o tym opowiada. Przy realizacji dokumentu zawsze też jest kwestia – mówiąc wprost – dotarcia do osób, realizacji tego, na co nas stać. Chcieliśmy pokazać jeszcze kilka innych osób, ale po prostu nie mieliśmy do tego praw. Więc nie jest tak, że my propagujemy mężczyzn. Aczkolwiek jest tak, że o Powstaniu mówi się głównie z perspektywy męskiej i o tym też mówimy w filmie.

A nie ma pan wrażenia, że muzycy – nagrywając w większości w sposób szczery o Powstaniu, tylko niektórych można oskarżyć o koniunkturalizm i chęć zaistnienia – przyczynili się do tego, że z tego wydarzenia robi się taki obiekt popkulturowy, obdarty z dyskusji? I nie ma pan obawy, że dokłada pan rękę do tego, że z Powstania robi się popkulturowy hamburger?

Nie zgodzę się, że ten film robi z powstania takiego hamburgera, ale generalnie tego rodzaju zjawisko jest. Ma to swój pozytywny aspekt, bo jest t elementarna wiedza o wydarzeniu – przecież jest duża grupa ludzi, która nic nie kojarzy. Oczywiście przez to, że sztuka się rozchodzi, gdzieś tam na marginesie robi się z tego hamburger.

Wydaje mi się, że w filmie "Tacy jak my" muzycy na tyle szczerze mówią o tym, na tyle to przeżywają, że unikałbym kojarzenia tych wypowiedzi z popkulturowymi hamburgerami, aczkolwiek nie będę udawał, że czegoś takiego nie ma. Ale to, co mówią tu muzycy, jest dla mnie tak szczere…

Muzyka, która była tworzona na ten temat, ma różne formy – jest rock, jest hip-hop. To wszystko jest inne, ale to powstaje dlatego, że Powstanie jest nieprzetrawione. A przetrawia się je w taki sposób, że muzycy tworzą coś, a potem odbiorca, głównie młodzież, też to przeżywa. Wiedza o Powstaniu, taka odpolityczniona, jest potrzebna. Nie chciałem się angażować, bo mi nie wolno, nie chciałem oceniać, czy ono jest słuszne, czy niesłuszne. Ale ważne jest dla mnie, byśmy go nie zapomnieli, nie żyli w ignorancji. Jeśli muzyka sprawi, że młodzi ludzie – których w filmie też nie brakuje – coś będą wiedzieli, a nie wszyscy wiedzą, co słychać, to będzie to.

Sporo jest też o samej Warszawie.

W filmie pojawiają się czy Kazik, czy Lao Che, czy Wilku z Hemp Gru, czyli ludzie, którzy rozumieją to miasto. Ja do Warszawy przyjechałem jakieś 15 lat temu, nie mieszkałem tu od dziecka. Kiedyś Warszawa była dla mnie brzydkim miastem – okropnie się tutaj czułem. Nie rozumiałem, nie wiedziałem, dlaczego tak jest. Odkrywanie, co to spowodowało, też jest ciekawe. Miasto de facto nie istniało, zostało zupełnie zniszczone. Ale się odgruzowywało. I duch tego miasta się też odgruzowuje – przez pamięć. Możemy nawiązać do tego, co było, i stworzyć most, ciągłość. Za PRL-u to wszystko było obce, dopiero teraz odtwarzamy most do przeszłości.

Wspomniał pan o ludziach, którzy w filmie pojawiają się na ulicach Warszawy i mówią o swych wrażeniach dotyczących Powstania. Moje doświadczenia z gatunkiem dziennikarskim, jakim jest sonda uliczna, i pytaniami o historię, są zbliżone do tego, co obserwujemy na kanałach youtubowych – człowiek zapytany na ulicy o to, co się zdarzyło w 1410 roku, odpowiada chrzest Polski. "Wasi" ludzie mówią w sposób co najmniej uporządkowany. Dużej musieliście dokonać selekcji?

Oczywiście jest to montaż i było sporo osób, które albo nic nie wiedziały, albo odpowiadały bardzo ogólnie. I tacy też się pojawiają. Bo są osoby, które mówią, że nie pamiętają, że nie wiedzą. Była pani, która uważała, że Powstanie trwało trzy dni. Trochę tego dla równowagi jest. Ale chcieliśmy pokazać, że ktoś jest na ulicy, kto wie, potrafi coś powiedzieć, interesuje się. I montaż w takim filmie jest też podporządkowany temu, kto, co i jak mówi.

Tyko jedna osoba w filmie mówi "Nie można krytykować Powstania, bo wtedy nie jest się patriotą". Celowo nie chciał pan prowokować, zabierać zdania?

Chłopak, który to mówi, nie wygłasza własnego osądu, tylko opowiada o tym, jak to jest traktowane. To było z przymrużeniem oka, nie było to kontestowanie. I tak to miało wyglądać.

Dużo było emocji? Przyznam szczerze, że człowiek, który w emocjach opowiada, że on świętuje tylko Boże Narodzenie, Wielkanoc i rocznicę wybuchu Powstania i odchodzi wzruszony… No, to jest mocny emocjonalnie moment.

Na mnie on też zrobił ogromne wrażenie. I o tym jest ten film, że to żyje. Ja bym chciał, by ta pamięć żyła. Byśmy nie zamienili się w społeczeństwo kompletnie już skomercjalizowane i konsumpcyjne. Gdzieś tam ważne było, by pokazać emocje. Wzruszające jest to, co mówi ten człowiek, taksówkarz, ale tym filmie jest, myślę, więcej takich wzruszających momentów.

Film trafi na ekrany w bardzo gorącym okresie. Odrywam to od sporów partyjnych, ale mam wrażenie, że toczymy najgorętszy w historii dyskurs o tym, czym pamięć historyczna i polityka historyczna powinny w Polsce być. W tle były spory o apele na obchodach rocznicy. Odpowiedź na najważniejsze pytanie, jakie wszyscy sobie zadajemy – do jakiego stopnia możemy i kto jest do tego uprawniony, by dokonywać interpretacji faktów - pozostaje bez odpowiedzi. Pan tego swym filmem nie ułatwia.

Bo my się wstrzeliliśmy w tę gorącą politycznie dyskusję niechcący. Realizacja tego filmu trwała parę lat – ja nie wiedziałem, kto wygra wybory i jakie będą tendencje i nastroje. To czysta koincydencja. On się w nic nie wpisuje, bo robiąc ten film, nie kalkulowaliśmy. Pomysł powstał pięć lat temu, w zupełnie innych czasach i realiach. Nie wiem, czy to, że film dystrybuuje się w tym momencie, jest śmieszne czy straszne, i czy to o czymś nam mówi. Jeżeli ja czegoś tym filmem nie ułatwiam – to się tak dzieje przez przypadek.

Piotr Mularuk - rocznik 1966, reżyser (ma na swoim koncie m.in. film "Yuma") i scenarzysta.