Reklama

Pośród wielu epitetów, którymi w ostatnich latach obdarzono Andersona, przekonuje mnie zwłaszcza status genialnego scenarzysty. Rzeczywiście, autor "Aż poleje się krew" ma wspaniałe ucho do dialogów i dar zapisu scenariuszowego koherentnego z najbardziej nawet abstrakcyjnym obrazem. Dość powiedzieć, że spośród sześciu dotychczasowych nominacji oscarowych aż cztery otrzymał właśnie za scenariusz. Nie inaczej było również w przypadku "Wady ukrytej", tym razem jednak stopień trudności wydawał się znaczniejszy, a odpowiedzialność większa. Pynchon to – obok Dona DeLillo, Philipa Rotha czy Cormaca McCarthy'ego – ikona współczesnej amerykańskiej literatury, a "Wada ukryta" stanowi ekstrakt jego stylu. Trzeba przyznać, że Anderson podszedł do zadania ambitnie. Przepisał, niemal zdanie po zdaniu, całą, liczącą przeszło 400 stron powieść, a następnie dokonał jej transpozycji na własne kino. I to go właśnie zgubiło.

Trudno w tym przypadku mówić o linearnej akcji czy narracji. Zarówno Pynchon, jak i Anderson to inna liga. "Wada ukryta" jest opowieścią o upaleniu, o życiu na haju. 1970 rok jawi się w tym przypadku jako ostateczny kres najaranej epoki, moment przesilenia i orgazmu. Uosobieniem tego rodzaju postawy jest prywatny detektyw Sportello (Joaquin Phoenix). Jointy są dla niego jak guma do żucia, mocniejsze dragi niczym niedzielny rosołek bez mamy. Detektyw szuka agenta nieruchomości, który wcześniej związał się z jego dziewczyną (Katherine Waterston). Upalona rzeczywistość się rozrzedza, sprawy komplikują, a fenomenalne zdjęcia Roberta Elswita generują blask rzeczywistości alternatywnej, jakimś cudem zabłąkanej do niby typowej kryminalnej story.

Krytycy, zwłaszcza amerykańscy, porównują "Wadę ukrytą" z "Big Lebowskim" braci Coen lub z późną twórczością Roberta Altmana, dla którego Paul Thomas od zawsze miał ogromny szacunek. Z Altmanem łączy na pewno Andersona duch buntownika i ironisty, który pod powłoką dowcipu ukrywa gorzkie przeświadczenie o kondycji ludzkiej. W przeciwieństwie jednak do większości prac Altmana Andersona w "Wadzie ukrytej" zgubiła dezynwoltura i brak dyscypliny reżyserskiej. Jego mentor słynął z mistrzowskiego opanowania wielowątkowych scenariuszy, z wirtuozerskiej pracy z kilkudziesięcioma nawet aktorami w głównych rolach – vide "Na skróty". Anderson również ma na koncie tego rodzaju osiągnięcia z "Magnolią" na czele. Tym razem jednak nie udało mu się dostatecznie zapanować nad mającą bardzo wyrazisty rodowód literacki partyturą filmową. Formalnie "Wada ukryta" wydaje się dziełem zaskakująco jak na tego autora chwiejnym i niezdecydowanym.

Jaskrawy świat "Wady ukrytej" zaludniają bohaterowie halucynogennego amerykańskiego snu: hipisi, surferzy, motocykliści, sprzedajne dziewczęta i ujarani detektywi. U Thomasa Pynchona cały ten popkulturowy śmietnik służył brutalnej diagnozie współczesności. Anderson zasłania się ostrą groteską i kinofilią (liczne cytaty z klasyki), jednak zamiast wdzięku jego najlepszych dzieł otrzymujemy jaskrawą zasłonę dymną wobec bezradności dla tekstu literackiego. – Ludzie powinni być lojalni wobec każdego, z kim się regularnie pieprzą – pisał Pynchon w "Wadzie ukrytej". Paul Thomas Anderson zapomniał o lojalności. I schrzanił film.

WADA UKRYTA | reżyseria: Paul Thomas Anderson | dystrybucja: Galapagos