W filmie Kevina Macdonalda samego Marleya jest mało. Pojawiają się archiwalne fragmenty, jak gra w piłkę, z koncertów i wywiad. W swoich wypowiedziach Bob jest jednak bardziej naiwny niż nastolatki. Ciekawie opowiadają o nim za to ci, którzy towarzyszyli mu przez większość życia, przynajmniej na papierze.

Reklama

Wypowiada się żona, która zgadzała się na jego romanse, dzieci, które żałują, że nigdy nie miały okazji zbliżyć się do ojca tak blisko, jakby chciały, i jego koledzy z zespołu The Wailers oraz producenci. Zarówno ci, którzy po kilku latach odeszli, nie zgadzając się na warunki panujące w kapeli, jak i ci, którzy byli z nim do końca i odwiedzali w bawarskiej klinice, gdzie walczył z nowotworem, i szpitalu w Miami, gdzie zmarł w 1981 roku.

Doświadczony reżyser dokumentów Kevin Macdonald (Oscar za "One Day in September") i fabuł "Stan gry" oraz "Ostatni król Szkocji" sprawnie poprowadził film, łącząc wątki muzyczne z osobistymi i politycznymi. O solidne zdjęcia zadbali nie mniej doświadczeni od Macdonalda Wally Pfister (pracował m.in. z Christopherem Nolanem przy "Batmanie") oraz Mike Eley (m.in. "Jane Eyre").

Fascynujące są momenty, kiedy Marley potrafi połączyć zwaśnione partie Jamajki i jego bezgraniczne oddanie symbolicznemu przywódcy ruchu Rastafari, Haile Selassie I. Nie mogło oczywiście zabraknąć tu również momentów poświęconych marihuanie. Dowiemy się też, dlaczego Bob Marley nie był akceptowany przez rówieśników jako dziecko. Fanów reggae na pewno przyciągną fragmenty różnych występów Marleya. Widać na nich, jak hipnotyczne działanie ma na ludzi. Dzisiejszą młodzież może zszokować fakt, jak kiedyś muzyk mógł silnie oddziaływać na politykę swojego kraju. Wydaje się, że dzisiaj ta moc uciekła bezpowrotnie.

MARLEY | reżyseria Kevin Macdonald | Dystrybucja: Best Film

Reklama