"Kocham cię, Beth Cooper" (aka "I Love You, Beth Cooper")
Reklama
USA 2009; reżyseria: Chris Columbus; obsada: Hayden Panettiere, Paul Rust, Jack Carpenter, Lauren London; dystrybucja: Imperial-Cinepix; czas: 102 min; Premiera: 2 października



Teen sex comedy, jak określa się filmy spod znaku „American Pie”, to kino fajne inaczej. Jeszcze do niedawna przyznanie się do sympatii do tego gatunku było nietaktem tak wielkim, że po coming oucie trzeba się było liczyć z tym, że do DKF-u na Bergmana raczej nas nie wpuszczą. Bezpruderyjne komedyjki, w których nie wiadomo, o co chodzi (a chodzi wyłącznie o seks i zdobycie alkoholu bez dowodu osobistego) z obowiązkowymi dowcipami o konsumpcji fekaliów i „robieniu tego” z matką kolegi mają jedną wielką zaletę – pozbawione są hipokryzji, w której toną wszystkie inne produkcje dla młodzieży. Przecież o tym samym co teen sex comedy opowiadają w gruncie rzeczy seriale dla nastolatków. Tyle że robią z licznymi zasłonami dymnymi, topiąc główny problem (czyli: jakby sobie pobrykać) w morzu wymyślonych problemów.

Wzór, wedle którego powstają TSC, jest prosty: to, zachowując wszelkie proporcje, Bildungsroman ograniczony do jednej nocy. Bohaterem jest zawsze młody chłopiec (gdzieś w okolicy balu maturalnego), który nie może doczekać się swojego pierwszego razu. W niego zaś gotowy jest zainwestować baterię alkoholu i liczne straty w umeblowaniu domostwa czcigodnych (i oczywiście akurat nieobecnych) rodzicieli. Motorem całej akcji jest instynktowna i nieporadna chuć. O fabule raczej nie da się tu mówić. To raczej zbiory skeczy, które kręcą się wokół alkoholu, konfliktów z prawem i oczywiście seksu, a ich bohaterami są napaleni pryszczaci chłopcy, wyzwolone dziewczęta i ewentualnie zdziecinniali dorośli.

W przypadku „Kocham cię, Beth Cooper” chłopiec nazywa się Denis Cooverman i jest szkolnym prymusem, który w czasie odbierania świadectwa, swoją przemowę kończy wyznaniem miłosnym pod adresem atrakcyjnej cheerleaderki, czyli tytułowej Beth Cooper. Następstwem wyznania jest konieczność spędzenia nocy z Beth, imprezowego, całonocnego przejazdu przez miasto w towarzystwie jej koleżanek i kilka potyczek z jej troglodytowatym chłopakiem. W roli kwiatka do kożucha w fabułę wmieszany jest jeszcze wątek gejowski.

p

Z premierą „Kocham cię, Beth Cooper” fani gatunku wiązali początkowo pewne nadzieje. Głównie za sprawą nazwiska autora książkowego pierwowzoru – Larry’ego Doyle’a, który wcześniej pisał „Simpsonów” (serie od dziewiątej do dwunastej) i „Bevisa i Butt-heada”. Bezkompromisowa, dosadna powieść Doyle’a był przyjęta bardzo entuzjastycznie i zdobyła kilka nagród literackich. Wątpliwości budziło zaangażowanie w projekt reżysera Chrisa Columbusa kojarzonego dotychczas z bardziej ugrzecznionym, a przynajmniej mniej wulgarnym repertuarem, jak „Kevin sam w domu”, „Noc w muzeum”, „Pani Doubtfire”, „Harry Potter”. Obawy okazały się słuszne. Krytycy po premierze filmu narzekali na złagodzenie pierwowzoru literackiego, który przełożony dosłownie na ekran otrzymałby w amerykańskich kinach kategorię od 18 lat. Jak a razie film, który w USA był grany w kinie od początku lipca, nie zwrócił się. Recenzje na zachodzie były miażdżące, łącznie z określeniem go „najgorszym filmem roku 2009”, a dziennikarze uznali go za „hymn na cześć prowadzenia samochodu po pijaku”. Polski dystrybutor nie zdecydował się pokazać filmu dziennikarzom. Czyżby wiedział, że jest się czego wstydzić?