"Zniknięcie" (aka "DeUsynlige")
Reklama
Szwecja/Norwegia/Niemcy 2008; reżyseria: Erik Poppe; obsada: Pal Hagen, Trine Dyrholm, Ellen Petersen; dystrybucja: Vivarto; czas: 121 min; Premiera: 4 września; Ocena 2/6



Niby można się cieszyć. Kieślowski jako jedyny polski reżyser filmowy wciąż inspiruje. Martwi jednak styl tych inspiracji. Erik Poppe zapewne zna na pamięć wszystkie późne filmy Krzysztofa Kieślowskiego, może byłoby jednak mądrzej, gdyby uważniej obejrzał jego wcześniejsze dzieła?

Poppe jest niewątpliwie utalentowany, z rzadką – zwłaszcza w kinie europejskim – swadą posługuje się równoległymi planami czasowymi, potrafi budować suspensy i efektywnie pracuje z aktorem, gubią go jednak wybujałe, pseudometafizyczne ambicje. A przecież można by tę historię opowiedzieć prościej, lepiej. Kieślowski, do którego Poppe odwołuje się tym razem nawet bez tak zwanego listka figowego, nawet w najbardziej rozbuchanych wizualnie częściach „Trylogii” zachowywał wciąż dobry gust i umiar w dawkowaniu filozoficznych atrakcji. Nauka poszła jednak w las. Poppe nie zna umiaru. Czyżby nikt mu nie wyjaśnił, że emocjonalny szantaż to podstawowy grzech przeciwko dobremu kinu?

Mimo wszystko „Zniknięcie” jest, na swój ułomny sposób, filmem ciekawym. Mimowolnie porusza temat religijnego przebudzenia młodych Norwegów. Myślę, że nie trzeba uśmiechać się w scenach, w których podziwiamy młodą, seksowną dziewczynę, udzielającą w kościele komunii świętej, a po godzinach romansującą z równie pięknym organistą: to tylko charakterystyczna (m.in.) dla Norwegii sakralna dekoracja. O wiele ważniejsza jest wpisana w tę filmową opowieść uniwersalna chrześcijańska doktryna oraz biblijne motywy przyświecające zachowaniom bohaterów. „Zniknięcie”, przynajmniej w założeniu, miało być moralitetem o przebaczeniu, odkupieniu grzechów, kojącej mocy spowiedzi, odwadze wyznania win i oczyszczenia.

p

Założenie było ryzykowne, wykonanie jest bałamutne. Tym bardziej że wyrafinowana, efektowna forma, kompilująca dwie odrębne historie oraz wyzyskująca liczne retrospekcje, nijak nie chce skomponować się z treścią żerującą na wrażliwości (naiwności) widza. W filmie chodzi o robiącą zawsze wrażenie śmierć małego dziecka. Domniemany zabójca, przy okazji przystojniacha jakich mało, po kilku latach wychodzi z więzienia i pod zmienionym nazwiskiem pojawia się dokładnie w tej samej miejscowości, w której rozegrały się dramatyczne wydarzenia. Oczywiście trafia wprost do kościoła (jest utalentowanym organistą), a za chwilę trafi również w objęcia pani pastor oraz do serduszka jej synka łudząco podobnego do ofiary…

Część druga filmu polega na skorelowaniu sytuacji z udziałem organisty z punktu widzenia matki nieżyjącego chłopca. Trine Dyrholm jest tak wspaniałą aktorką, że w zasadzie wyłącznie dzięki niej tę drugą odsłonę „Zniknięcia” ogląda się ze ściśniętym sercem. Jednak nawet o wiele głębsze od scenariuszowego zapisu, aktorskie uwiarygodnienie dramatycznej postaci matki której odebrano macierzyństwo, nie jest w stanie osłabić podstawowego wrażenia pseudoreligijnej wydmuszki, jaką w istocie jest „Zniknięcie”. Muzyczność „Podwójnego życia Weroniki” (organy) nie spotkała się z dramatem utraty najbliższych rodem z „Niebieskiego”. Eric Poppe próbował naśladować Kieślowskiego. Wyszła mu kieślowszczyzna.