"Klasa" (aka "Entre les murs")
Reklama
Francja 2008; reżyseria: Laurent Cantet; obsada: Nassim Amrabt, Laura Baquela, Cherif Rachedi; czas: 97 min; dystrybucja: SPI

p

François Marin jest dobrym nauczycielem. Nieszczególnie błyskotliwym, niezbyt charyzmatycznym, ale na pewno sprawiedliwym i wyczulonym na krzywdę ucznia. Ma jednak pecha. Nie dostał pracy w elitarnej szkółce, gdzie dobre maniery podopiecznych sąsiadują ze złymi nawykami belfrów, pamiętających głównie o tym, żeby ulepić młodego człowieka na swoje, przeciętne podobieństwo. François taka sztuka nie udaje się choćby dlatego, że w jego szkole są sami indywidualiści. Raczej w złym niż w dobrym tego słowa znaczeniu. Kiepska dzielnica, słaby adres, leniwi uczniowie. Zaradne mamusie na wysokich obcasach prowadzące za rączkę zawstydzonych swoją wmówioną mądrością synków tutaj nie zaglądają. Czasami, trochę przez przypadek, trafi się jakiś zdolniacha i bystrzak, ale z reguły wszystko wygląda podobnie. Klasa jest niecierpliwa, agresywna i znudzona. Uczniowie pochodzą z Ghany, Egiptu albo z Chin.

Jest także grupa Francuzów. Nic ich nie łączy, za to prawie wszystko dzieli. Rodzinne więzy, uwarunkowania społeczne, a nawet marzenia. Pyskata dziewczynka chciałaby być policjantką, inteligentny chłopiec chce tylko skończyć szkołę podstawową. A kim może być nauczyciel w takiej klasie? Cantet zna odpowiedź. To powinien być ktoś, kto – jak François Marin – rozumie wszystkich, stara się być cierpliwy i wyrozumiały dla każdego. Nie dzieli tortu swojego zainteresowania na lepsze i gorsze części, lepszych i gorszych ludzi. Wymagając od uczniów, tych mniej i bardziej zdolnych, bezwzględnej szczerości, wymaga jej również od siebie. Czyż nie tak powinna wyglądać idealna zjednoczona Europa?

Zastanawiające, jak inaczej ogląda się dzieło Laurenta Canteta na DVD dzisiaj, niespełna rok po premierze. Wygląda na to, że rzeczywiście w Europie – i na świecie – wiele się zmieniło. Kryzys jednak coś w nas przewartościował. Paradokumentalna, wzorowana na mistrzowskich obrazach Kena Loacha struktura filmu sprawia, że z całą siłą czuje się chropowatość wskazanej przez Canteta tezy. Żadna klasa (edukacyjna, społeczna, polityczna) nie ma klasy. Rok temu taka interpretacja „Klasy” była tylko utopią. Dzisiaj, kiedy – z ciągle jeszcze w miarę bezpiecznej perspektywy – przyglądamy się, jak niedawne krainy wiecznej szczęśliwości w rodzaju Islandii z dnia na dzień rozsypują się niczym domki z kart, znakomity film francuskiego reżysera nabiera nowych znaczeń. Kino zmawia się z życiem, chociaż taka relacja nie mogła być przecież w żadnym stopniu zaplanowania. Europejska i światowa klasa znowu się dzieli: tym razem na zbiorowości lepiej lub gorzej radzące sobie z kryzysem, mniej lub bardziej zadłużone itd. Tymczasem gdybyśmy spróbowali uważniej obejrzeć ten obraz, być może udałoby się zrozumieć, że zarówno ekonomia, jak i gospodarka to tylko zespół naczyń połączonych. Różnicowanie, podziały zaczynają się znacznie wcześniej. Od kryzysu pochodzenia, dorastania, dojrzewania albo od tego, kto wpisze nam do życiowego dzienniczka ocenę celującą, kto zaś wstawi pałę ze sprawowania. Kto nauczy nas żyć tak, żeby wygrywać. Nie tylko z kryzysem.