Dziennik Gazeta Prawana logo

Teatr tańca Carlosa Saury

9 sierpnia 2008, 19:05
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty
Najnowszy film Carlosa Saury opowiada o fenomenie portugalskiego fado
Najnowszy film Carlosa Saury opowiada o fenomenie portugalskiego fado/Inne
Muzyczny dokument Carlosa Saury poświęcony portugalskiemu stylowi fado zamyka żywą tradycję w zbyt czystej, laboratoryjnej formie.

Carlos Saura od lat opowiada w swoich filmach o muzyce i tańcu. Analizował już kulturowy fenomen tanga, pokazywał znaczenie flamenco w kulturze iberyjskiej, dawał muzyczną panoramę hiszpańskiej kultury, filmował taneczne spektakle. W swoim najnowszym filmie zajął się portugalską muzyką fado. Pokazuje ją nie tylko jako element narodowego folkloru, ale jako żywą spuściznę przenikającą do muzyki rozrywkowej. Podobnie, jak poprzednie taneczne podróże Saury, „Fados” ma formę impresji, w której muzyka jest zarazem treścią i formą. Wyznacza rytm i jako główne medium łączy się z obrazem w spektakl w całości zainscenizowany w studiu. Oszczędne umowne dekoracje pełnią rolę czegoś na kształt przezroczystego ekranu, przez który płynnie przewijają się kolejni wykonawcy, a ich występy składają się na widowisko przypominające wycyzelowany artystyczny wideoklip.

Fado narodziło się około roku 1820 w dzielnicach lizbońskich slumsów. Lamentacyjna romantyczna ballada stworzona została przez imigrantów z portugalskich kolonii. W fado mieściła się tęsknota za ojczyzną, niespełnione miłości i niespełnione nadzieje. Saura zaczyna swój film od prezentacji współczesnych zespołów inspirujących się fado (m.in. hiphopowego składu NBC, SP & Wilson) i dopiero potem cofa się stopniowo do tradycyjnych form opartych na solowym śpiewie. Odbywamy więc podróż do korzeni portugalskiej kultury. Tyle że Saura nie chce być przewodnikiem etnograficznej wycieczki. W muzyce i tańcu poszukuje najbardziej pierwotnego mitu wspólnego całej iberyjskości.

Pomaga mu w tym plejada największych gwiazd fado: zadziwiająca skalą głosu Marizy, śpiewający tęskne ballady Camané i uderzający w tony muzyki świata Caetano Veloso, brazylijski mistrz Chico Buarque, leciwy Carlos do Carmo i 20-letni Carminho. Są w tym filmie momenty piękne, wzruszające i zapadające w pamięć: choćby wyśpiewywany list miłosny Buarque’a do Portugalii ilustrowany fragmentami kroniki filmowej z 1975 roku pokazującej ulice Lizbony świętujące zwycięstwo demokratycznej rewolucji. Są też momenty słabsze, zatrzymujące emocjonalny rytm filmu, jak choćby rażący tanim folkloryzmem występ brazylijskiej gwiazdy reggae Toniego Garrido w towarzystwie stadka kiczowatych tancerek w długich sukniach z epoki kolonialnej. Wspaniałe zdjęcia Vittoria Storaro, świetne, acz proste efekty plastyczne, ascetyczna scenografia ani przez moment nie naruszają równowagi między muzyką i obrazem. A jednak efekt końcowy pozostawia pewien niedosyt. Zachwyca, ale nie angażuje, pozostawia na zewnątrz. W poprzednich muzyczno-tanecznych filmach Saury: „Flamenco”, „Tangu” czy „Salome”, bywało inaczej. Tam Saura potrafił wciągnąć w świat czystej zmysłowej poezji. Tutaj za wiele jest sztucznego kiczu, aby można się było poddać się bez reszty urokowi widowiska zbyt zachwyconego własną wystudiowaną formą.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj