Dziennik Gazeta Prawana logo

Nie ma ucieczki od Freuda

21 czerwca 2008, 01:11
Ten tekst przeczytasz w 5 minut
David Mackenzie, nadzieja brytyjskiego kina, autor obsypanego nagrodami "Młodego Adama" w swoim najnowszym filmie "Hallam Foe" ponownie opowiada historię młodego mężczyzny z kryminalnym wątkiem w tle. Nam mówi o kompleksie Edypa, bieganiu po dachach Edynburga i różnicy między pracą w Szkocji i Ameryce

To chwilowa emigracja. Nie przyjechałem robić kariery w Hollywood, tylko nakręcić tu jeden film. Filmowiec musi podążać za projektami, nie miejscami, nawet jeśli do niektórych bardzo się przyzwyczaił. Tak się złożyło, że akcja filmu "Spread" toczy się w Los Angeles, więc trzeba było kręcić tutaj. Parę miesięcy temu skończyliśmy zdjęcia i zostanę w Kalifornii do ukończenia montażu. To historia podrywacza, którego gra Ashton Kutcher, a partneruje mu m.in. Anne Heche. Zaczyna się trochę komediowo, mam nadzieję, że ludzie będą się śmiać. Potem zamienia się w autorską rzecz a la David Mackenzie - emocjonalna podróż itp.

Los Angeles to dla mnie zupełnie nowe doświadczenie - przede wszystkim dlatego, że po raz pierwszy kręciłem według scenariusza, na który nie miałem wpływu. Dyskusja z jego autorem o poszczególnych ujęciach albo pomysłach była niemożliwa, bo kręciliśmy podczas strajku scenarzystów. Może to dobrze, bo kiedy jesteś zbyt związany ze scenariuszem, zachowujesz się - trafnie to ujął Gary Oldman - jak facet który próbuje uratować swoje ukochane rzeczy z płonącego domu. Zawsze kręciłem w mrocznej Szkocji, a wiosna w Edynburgu potrafi doprowadzić dużego mężczyznę do płaczu - w kwietniu mamy wszystkie pory roku, nie da się powtórzyć ujęcia, bo słoneczna, prawie letnia pogoda w pół godziny zamienia się w jesienną zawieruchę. A mnie tamtejsza aura już szczególnie nienawidzi. Tylko rozstawiam plan, a wszystko obraca się przeciwko mnie. Dopiero kiedy dotarłem do Los Angeles, klątwa zniknęła. Rozumiem już, dlaczego przemysł filmowy przeniósł się właśnie tutaj - tu można wszystko przewidzieć: liczbę dni zdjęciowych, godziny kręcenia, nawet pogodę!

To było spore wyzwanie, wiedzieliśmy, że interesująco wypadnie sfilmowanie miasta z góry, ale nie jest łatwo wstawić całą ekipę filmową na dach. Ten, na którym kręciliśmy, był bardziej płaski, niż to wydaje się w filmie. Ale bałem się, że złapie mnie jakaś inspekcja pracy, bo za bardzo narażam współpracowników.

Śledziłem pilnie karierę Jamiego od czasu "Billyego Elliota", od kiedy przeczytałem książkę "Hallam Foe", wyobrażałem sobie go w tej roli, bo idealnie do niej pasował, a po dachach poruszał się zręcznie jak kot. Chciałbym z nim jeszcze kiedyś pracować. Mam pomysł na film o bardzo złym chłopcu, Jamie byłby do tego świetny.

Nie wiem dlaczego tak jest, ale muszę się przyznać, że najnowszy film też krąży wokół tych tematów. Myślę, że sam wciąż szukam metody na to, by dorosnąć. Gdy dorosnę, to zacznę robić filmy o kobietach. Póki co mam nadzieję, że w moich filmach dochodzą do głosu też inne wątki, które ja w nich widzę, nie tylko moja fiksacja stawania się dorosłym, konsekwencji młodzieńczych porywów. Ale chyba coraz lepiej sobie z tym radzę: Adam będzie dźwigał wszystkie swoje błędy do końca życia, nigdy się z nich nie wyzwoli. Dla młodszego od niego Hallama jest nadzieja, jego życie w finale filmu wskakuje na właściwe tory.

Film jest dość mroczny, zwłaszcza gdy przyjrzymy się życiu erotycznemu bohatera. Nie jestem pewien, czy w prawdziwym życiu mógłby tak łatwo wyzwolić się ze swoich obsesji - szukania kobiety podobnej do zmarłej matki, izolowania się od świata, podglądania ludzi. Kiedy jesteś młody, nie masz broni przeciwko swojemu ciału. Większość ludzi ma problem z odnalezieniem się we własnej skórze, gdy dorastają, przynajmniej takie jest moje doświadczenie. Dopiero dorosły wie, jak zdystansować się od swojej cielesności. Chciałbym teraz tchnąć w moje filmy więcej nadziei, poezji, nierealnych pozytywnych zwrotów akcji.

Oczywiście, że robienie filmów, to leczenie swojego voyeryzmu. W porównaniu z reżyserem Hallam jest niewiniątkiem! Jego podglądactwo jest czyste, pozbawione perwersji, jest jego metodą oswajania świata. On nie jest zły, tylko wybrał złą drogę i wpakował się w kłopoty. Tymczasem filmowcy są w pewnym sensie równie uzależnieni od obserwowania jak kolesie oglądający amatorskie porno w internecie.

Kiedy tylko przeczytałem książkę mojego przyjaciela Petea Jinksa, na podstawie której powstał film, od razu nazwałem ją "freudowską przygodą pewnego młodzieńca" - co innego można powiedzieć o chłopcu, który sypia z sobowtórem swojej matki!? Ale to nie czyni mojego filmu wyjątkowym - klucz psychoanalityczny da się chyba przyłożyć do każdego rodzaju współczesnej sztuki. Jesteśmy nią tak przesiąknięci, że nie ma od niej ucieczki. A już kompleks Edypa to chyba najbardziej wyświechtana freudowska klisza.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj