W "Pokucie" wciela się pan w postać syna ogrodnika Robbiego, który niesłusznie zostaje oskarżony o gwałt. Główna rola w wysokobudżetowej produkcji to dla pana nowość.

James McAvoy: Ale w tych wielkich budżetach ja jestem tanią opcją. Nie zgarniam niestety gwiazdorskich gaży... Żeby na nie zasłużyć, muszę jeszcze ciężko popracować. W przypadku "Pokuty" najtrudniejsze w zbudowaniu postaci Robbiego było to, że przez przez znaczną część filmu nie ma w nim żadnego rozdarcia, nie ma problemu, wewnętrznej sprzeczności. Nie lubię grać takich prostych ról, bo zwyczajność trudniej pokazać niż wielkie emocje. Jeśli aktor nie wie, co czuje jego bohater, nie będzie potrafił z papierowej postaci uczynić prawdziwego człowieka. Grając Robbiego, trzymałem się myśli, że największym kłamstwem w jego życiu jest to, że może przeskoczyć ograniczenia swojej klasy. Dopiero kiedy zdarza się coś strasznego, kiedy zostaje oskarżony o gwałt, zaczyna się jego zderzenie z rzeczywistością. Paradoksalnie dopiero gdy traci poczucie własnej tożsamości, odkrywa prawdziwy świat.

Główny dramat "Pokuty" opiera się na nierówności klasowej. Dobrze urodzony dzieciak może złamać życie kogoś tylko dlatego, że ten pochodzi z klasy służących. To jednak zamierzchła przeszłość.

Oczywiście tak pokazany problem klasowy już nie istnieje. Ale współczesna klasowość określana przez pieniądze ma całkiem dużo wspólnego z tą związaną z urodzeniem. Kiedy dorastałem, nie czułem, że jestem częścią klasy pracującej, ale w otoczeniu nie widywaliśmy nikogo spoza swojej grupy społecznej. Byliśmy dość zamknięci na pozostałych.

Czy to prawda, że chciał pan zostać księdzem?

Misjonarzem. Kiedy miałem 14 - 16 lat, myślałem o tym zupełnie poważnie. Ale motywacja nie była religijna. Podobnie jak mój bohater z "Ostatniego króla Szkocji" został lekarzem, bo chciał się wyrwać ze swojego środowiska, ja chciałem być księdzem, by zwiedzać świat. Dla młodego katolika wydawało się to całkiem niezłym pomysłem. Przeszło mi, kiedy odkryłem seks. Wtedy w mojej wizji zostania księdzem pojawiły sie pewne problemy. Stałem się zbyt samolubny, by poświęcić się dla innych i zrezygnować z towarzystwa kobiet. Postanowiłem znaleźć inny sposób na zwiedzanie świata.

I udało się panu zwiedzić świat?

O tak. To moja pasja. Właśnie wróciłem z miesiąca miodowego w Andach Patagońskich, gdzie spędziłem miesiąc, wspinając się. Następna podróż raczej będzie związana z wyjazdami służbowymi. Podróże to także pasja mojej żony. Mamy jeszcze apetyt na Afrykę.

Pana żona też jest aktorką?

Tak i to dość zajętą. Kiedy ja kręcę w Pradze, ona ma przedstawienia w Londynie. Zawarliśmy więc umowę, że pół roku pracuję ja, pół ona. Uwielbiam być jej osobą towarzyszącą. Teraz moja kolej i pięć miesięcy będę miał wolne. Kiedy się za dużo pracuje, łatwo zapomnieć, jak wygląda prawdziwy świat poza planem filmowym. Wtedy zaczyna się tracić talent - przecież trzeba mieć prawdziwe doświadczenia, by móc je odtwarzać w filmie. Kiedy żyje się w izolacji od ludzi, nie da się zbudować postaci, z którą można się utożsamić.

Po "Ostatnim królu Szkocji" doceniono pana aktorstwo.

Kiedy pierwszy raz przeczytałem scenariusz, nie zamierzałem się angażować w ten film. Nie podobał mi się mój bohater, był złamasem. Producenci nalegali, bo byłem dla nich tani. Tłumaczyłem, że nie mam pojęcia, jak go zagrać. Poczułem postać doktora Nicholasa Garrigana dopiero, gdy zaczęliśmy kręcić.

Czyli nie umie pan odmawiać?

Wielu reżyserom bym nie odmówił. Nie sądzę, by znalazł się aktor, który odrzuci propozycji Francisa Forda Coppoli. Nie mogłem też zrezygnować z zagrania u boku Angeliny Jolie w filmie "Wanted". Angelina to fantastyczna osoba, taka, którą od razu się lubi. Nie mam komfortu przebierania w scenariuszach. Często boję się, że muszę wziąć rolę, bo to może być ostatnia. Że już nic nie zagram, nikt mnie nie zechce. Oczywiście to ma swoją cenę - kilka razy wybrałem rolę, mimo że instynkt podpowiadał mi coś innego, ale zawsze to były złe wybory. Mam nadzieję, że wkrótce sytuacja się zmieni. Czuję, że nadszedł mój czas, że wreszcie zaczęło mi wychodzić. Pracuję w tym zawodzie od 10 lat, ale dopiero teraz jestem bardzo zapracowany.

A była rola, którą pan odrzucił, a potem żałował?

Najbardziej żałuję, że nie gram w drugiej części "Narnii". To była moja ulubiona książka, kiedy byłem dzieckiem, a Andrew Adamson jest jednym z najlepszych reżyserów, jakich spotkałem.

Długo był pan wyłącznie aktorem teatralnym.

Dawno nie byłem w teatrze, a lubię go bardziej niż filmy. Jest jednak szlachetniejszą formą sztuki. Najbardziej pociągające jest w nim to, że co wieczór idziesz opowiedzieć ludziom historię - od początku do końca. Bez przerywania. I ta konkretna opowieść zdarza się raz i nigdy potem nie jest taka sama. Możesz rozwijać swoją postać z wieczoru na wieczór. Jest w tym coś, co daje mi energię.

Część pochodzących ze Szkocji aktorów ze swoich korzeni i rozpoznawalnego akcentu, czyni dodatkową wartość.

Mój agent jest tego samego zdania i nalega na zachowanie szkockiego akcentu, bo to się dobrze sprzedaje. Lubię wracać do Glasgow, w Londynie strasznie tęsknię za kwadratową wołową kiełbasą mojego dziadka, który jest rzeźnikiem. No i oczywiście za moją ulubioną drużyną Celtic Glasgow.