Dziennik Gazeta Prawana logo

James McAvoy: Tęsknię za wołową kiełbasą

19 lutego 2008, 15:49
Ten tekst przeczytasz w 5 minut
Młody aktor z Glasgow, JAMES McAVOY, po rolach w "Ostatnim królu Szkocji" i "Pokucie" stał się gwiazdą światowego formatu. Nam opowiada, dlaczego robotnicze pochodzenie pomaga mu przy budowaniu ról, jak godzi małżenstwo z karierą i z jakich powodów porzucił pomysł zostania misjonarzem.

Ale w tych wielkich budżetach ja jestem tanią opcją. Nie zgarniam niestety gwiazdorskich gaży... Żeby na nie zasłużyć, muszę jeszcze ciężko popracować. W przypadku "Pokuty" najtrudniejsze w zbudowaniu postaci Robbiego było to, że przez przez znaczną część filmu nie ma w nim żadnego rozdarcia, nie ma problemu, wewnętrznej sprzeczności. Nie lubię grać takich prostych ról, bo zwyczajność trudniej pokazać niż wielkie emocje. Jeśli aktor nie wie, co czuje jego bohater, nie będzie potrafił z papierowej postaci uczynić prawdziwego człowieka. Grając Robbiego, trzymałem się myśli, że największym kłamstwem w jego życiu jest to, że może przeskoczyć ograniczenia swojej klasy. Dopiero kiedy zdarza się coś strasznego, kiedy zostaje oskarżony o gwałt, zaczyna się jego zderzenie z rzeczywistością. Paradoksalnie dopiero gdy traci poczucie własnej tożsamości, odkrywa prawdziwy świat.

Oczywiście tak pokazany problem klasowy już nie istnieje. Ale współczesna klasowość określana przez pieniądze ma całkiem dużo wspólnego z tą związaną z urodzeniem. Kiedy dorastałem, nie czułem, że jestem częścią klasy pracującej, ale w otoczeniu nie widywaliśmy nikogo spoza swojej grupy społecznej. Byliśmy dość zamknięci na pozostałych.

Misjonarzem. Kiedy miałem 14 - 16 lat, myślałem o tym zupełnie poważnie. Ale motywacja nie była religijna. Podobnie jak mój bohater z "Ostatniego króla Szkocji" został lekarzem, bo chciał się wyrwać ze swojego środowiska, ja chciałem być księdzem, by zwiedzać świat. Dla młodego katolika wydawało się to całkiem niezłym pomysłem. Przeszło mi, kiedy odkryłem seks. Wtedy w mojej wizji zostania księdzem pojawiły sie pewne problemy. Stałem się zbyt samolubny, by poświęcić się dla innych i zrezygnować z towarzystwa kobiet. Postanowiłem znaleźć inny sposób na zwiedzanie świata.

O tak. To moja pasja. Właśnie wróciłem z miesiąca miodowego w Andach Patagońskich, gdzie spędziłem miesiąc, wspinając się. Następna podróż raczej będzie związana z wyjazdami służbowymi. Podróże to także pasja mojej żony. Mamy jeszcze apetyt na Afrykę.

Tak i to dość zajętą. Kiedy ja kręcę w Pradze, ona ma przedstawienia w Londynie. Zawarliśmy więc umowę, że pół roku pracuję ja, pół ona. Uwielbiam być jej osobą towarzyszącą. Teraz moja kolej i pięć miesięcy będę miał wolne. Kiedy się za dużo pracuje, łatwo zapomnieć, jak wygląda prawdziwy świat poza planem filmowym. Wtedy zaczyna się tracić talent - przecież trzeba mieć prawdziwe doświadczenia, by móc je odtwarzać w filmie. Kiedy żyje się w izolacji od ludzi, nie da się zbudować postaci, z którą można się utożsamić.

Kiedy pierwszy raz przeczytałem scenariusz, nie zamierzałem się angażować w ten film. Nie podobał mi się mój bohater, był złamasem. Producenci nalegali, bo byłem dla nich tani. Tłumaczyłem, że nie mam pojęcia, jak go zagrać. Poczułem postać doktora Nicholasa Garrigana dopiero, gdy zaczęliśmy kręcić.

Wielu reżyserom bym nie odmówił. Nie sądzę, by znalazł się aktor, który odrzuci propozycji Francisa Forda Coppoli. Nie mogłem też zrezygnować z zagrania u boku Angeliny Jolie w filmie "Wanted". Angelina to fantastyczna osoba, taka, którą od razu się lubi. Nie mam komfortu przebierania w scenariuszach. Często boję się, że muszę wziąć rolę, bo to może być ostatnia. Że już nic nie zagram, nikt mnie nie zechce. Oczywiście to ma swoją cenę - kilka razy wybrałem rolę, mimo że instynkt podpowiadał mi coś innego, ale zawsze to były złe wybory. Mam nadzieję, że wkrótce sytuacja się zmieni. Czuję, że nadszedł mój czas, że wreszcie zaczęło mi wychodzić. Pracuję w tym zawodzie od 10 lat, ale dopiero teraz jestem bardzo zapracowany.

Najbardziej żałuję, że nie gram w drugiej części "Narnii". To była moja ulubiona książka, kiedy byłem dzieckiem, a Andrew Adamson jest jednym z najlepszych reżyserów, jakich spotkałem.

Dawno nie byłem w teatrze, a lubię go bardziej niż filmy. Jest jednak szlachetniejszą formą sztuki. Najbardziej pociągające jest w nim to, że co wieczór idziesz opowiedzieć ludziom historię - od początku do końca. Bez przerywania. I ta konkretna opowieść zdarza się raz i nigdy potem nie jest taka sama. Możesz rozwijać swoją postać z wieczoru na wieczór. Jest w tym coś, co daje mi energię.

Mój agent jest tego samego zdania i nalega na zachowanie szkockiego akcentu, bo to się dobrze sprzedaje. Lubię wracać do Glasgow, w Londynie strasznie tęsknię za kwadratową wołową kiełbasą mojego dziadka, który jest rzeźnikiem. No i oczywiście za moją ulubioną drużyną Celtic Glasgow.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj