Robert Duvall: Zanim przejdziemy do pytań do mnie, proszę powiedzieć, skąd pani jest?

Z Polski.

Polska! Ludzie tam mają poczucie humoru i lubią się bawić, prawda? I jecie kiełbasę. I mieliście najlepszą kawalerię na świecie, która stoczyła najbardziej fascynującą bitwę w historii Europy w 1683 roku pod Wiedniem. Daliście popalić muzułmanom! Pamięta pani?

Interesuje się pan przeszłością? Zdaje się, że wielu pana przodków zapisało się w historii Stanów Zjednoczonych.

Tak, brali udział w wojnie secesyjnej, jestem z nich dumny. Czuję się patriotą.

I jest pan znany ze swoich konserwatywnych poglądów i sympatii do partii republikańskiej. Głosował pan na George’a W. Busha, a teraz deklarował poparcie dla Rudolfa Giulianiego.

Źle się dzieje dziś w Ameryce. Mamy problemy wewnętrzne, choćby ten na granicy z Meksykiem, a skupiamy się na wykańczającej wojnie w Iraku. Nieważne, jaką partię popieram - prawą, lewą czy stojącą na głowie - chcę żyć w państwie prawa. I dlatego moja sympatia do George’a Busha bardzo zmalała. Nikt już nie dba o ten kraj. Konserwatyści mieszają się z liberałami, nic nie jest wyraźne. Będę o tym robił film.

Jako reżyser?

Tak, mam już pomysł i zbieram pieniądze. Akcję umieszczę na meksykańsko-amerykańskiej granicy. Główny temat: dlaczego nikt nic nie robi w Ameryce, by powstrzymać falę nielegalnej emigracji? I to nie będzie bzdet w rodzaju "Miasta śmierci". Problem jest realny, gdybyśmy otworzyli granice, codziennie pięć tysięcy ludzi prosiłoby o pracę. Warto o tym pamiętać. Kończymy kompletować dokumentację do scenariusza, ludzie opowiadają nam straszne historie o Meksyku: o bandach, które łapią 10-latki, przebierają je w komunijne sukienki i gwałcą, to taki lokalny fetysz. Ten kraj to horror.

Wciąż szuka pan nowych wyzwań po obu stronach kamery, a przecież jako legenda kina mógłby pan spocząć na laurach.

Nie było w moim życiu konkretnego momentu, w którym nagle sobie uświadomiłem: jestem legendą, mogę nic nie robić. Właściwie czuję się tak tylko przy okazjach takich jak ta, kiedy czekają na mnie dziennikarze, każdy wie o mnie strasznie dużo, traktuje mnie z szacunkiem. Sprawia mi to ogromną przyjemność.

Zetknął się pan na planach filmowych z innym niezwykłym aktorem - Marlonem Brando. Udało się wam zaprzyjaźnić?

Nie. Ten facet był obdarzony talentem większym, niż człowiek może udźwignąć. Kiedy robiliśmy "Obławę", nigdy nie udawał. Tak samo zachowywał się po haśle "akcja", co po "cięcie". Cały czas był Marlonem Brando, zero fałszu. Wiele lat później występowałem w telewizyjnym show i zapytano mnie o niego. Po długiej laurce powiedziałem prawdę: że przytył, postarzał się, rozleniwił... Zaraz po programie zadzwonił do mnie Sean Penn, że oglądał go razem z Brando i po moich krytycznych uwagach Marlon powiedział od niechcenia: "eh, ma rację…"

Pan nigdy się nie bał, że zostanie ofiarą swojej kariery?

Może dwa razy w życiu obudziłem się w nocy, by przemyśleć rolę lub powtórzyć tekst. Nie mam takiej iskry bożej, która nie dawałaby mi spać. Stąpam mocno po ziemi. Raz grałem w filmie scenę, w której moja żona umiera. Leży ciało, żałoba, powaga, rozpacz, mnóstwo emocji i "cięcie". Wtedy ja spokojnie zaczynam opowiadać producentowi, że kraba najlepiej gotować, gdy do wody dorzucisz trochę pieprzu i masła. Zastygł w szoku, że tak łatwo się przestawiam. Na początku kariery, zwłaszcza w teatrze, próbowałem się utożsamiać z postacią, być nią przez cały dzień. Ale nie mogłem. Dla mnie aktorstwo to rodzaj gry niewiele różniący się od zabawy dzieci w dom - mogą zamieniać się rolami bez szkody dla siebie.

Więc jak to się stało, że został pan aktorem?

Rodzice mnie zmusili. Proszę sobie wyobrazić - rodzina wojskowych raptem postanawia, że umieszczą syna w show-biznesie! Chyba to był pomysł matki, która grywała w amatorskich teatrach. Rodzice posłali mnie do małego college’u w Illinois, gdzie miałem zajęcia teatralne. Kiedy skończyłem 26 lat pojechałem dalej się uczyć, do Nowego Jorku. Rozgryzłem ich decyzje dużo później. Wiedzieli, że nie ciągnie mnie do szkoły, że chcę iść w ślady ojca, wstąpić do marynarki. Gdyby mnie nie posłali na studia aktorskie, pojechałbym pewnie na wojnę z Koreą i kto wie, czy bym wrócił. Uratowali mi skórę.

Pamięta pan najgorsze doświadczenie aktorskie?

Katastrofa z facetem, którego poznałem w Actors Studio. Występ polegał na tym, że wszyscy aktorzy leżeli na podłodze i robili jakieś ćwiczenia według metody Stanisławskiego. Żeby tego było mało, musiałem chwytać się różnych prac, bo za to tarzanie się po scenie nie płacili zbyt wiele. Recenzje były miażdżące i poważnie zacząłem myśleć o znalezieniu jakieś porządnej pracy, z której mógłbym się utrzymać. Zaczepiłem się na poczcie. Po pół roku czułem się tak zadowolony z tej pracy, że wiedziałem, że muszę ją natychmiast rzucić, inaczej ugrzęznę w urzędzie pocztowym na najbliższe 20 lat. Bywałem sprzedawcą, raz starałem się o robotę odźwiernego w restauracji, ale dostałem się tylko na zmywak. Tak wstydziłem się zmywać naczynia, że zrezygnowałem po dwóch dniach. Nie chciałem nawet wracać do tej knajpy, by odebrać parę dolców wypłaty. Wysłałem Gene’a Hackmana, on nie miał oporów.

Kiedy zła passa się skończyła?

Jako najbardziej znaczące w moim życiu postrzegam spotkanie z Dustinem Hoffmanem. Obaj kręciliśmy się przy offbroadwayowskich sztukach i zaprzyjaźniliśmy się na całe życie. A jeśli chodzi o karierę, to nietrudno zgadnąć - "Ojciec chrzestny". Ten film otworzył drzwi większości aktorów, którzy w nim zagrali. Nie byłbym tym, kim jestem bez Francisa Forda Coppoli, ale i bez Roberta Altmana i fantastycznego spotkania z nim na planie "Odliczania".

Wspomniał pan Gene’a Hackmana. Wiele lat byliście wielkimi przyjaciółmi i słynnymi nowojorskimi podrywaczami

Dawno się z nim nie widziałem. Chyba poszedł na emeryturę, wyprowadził się do Nowego Meksyku, maluje obrazy i pisze powieści. Obaj mieliśmy ten sam problem - krytycy klasyfikowali nas jako mistrzów w rolach typowych Amerykanów, a ja grałem i stuprocentowo brytyjskiego dr. Watsona i Stalina, a moją najukochańszą rolą był kubański fryzjer z Miami w filmie Richarda Barbera. A podryw to nie temat do rozmowy. Moja ostatnia żona bardzo mnie pilnuje.

Czwarta żona.

Ale wszystkie tak samo bardzo kochałem. Z tą jestem 11 lat i jestem bliski pobicia swojego życiowego rekordu długości związku! Naprawdę, miło nam się żyje razem, dużo podróżujemy, hodujemy konie, mamy zabytkowy dom.

Dzieli pan z nią swoją wielką pasję - tańczenie tanga?

Jedyną osobą, która w Argentynie nie umiała tańczyć tanga, była moja żona. Za to świetnie jeździ konno, jako dziecko wygrywała zawody w skokach przez przeszkody. Jest 40 lat młodsza ode mnie, ale oboje urodziliśmy się 5 stycznia. Zaczepiła mnie na ulicy w Buenos Aires, udawała, że jest moją wielką fanką. Kiedy odwiedziłem ją ponownie, nie mogła uwierzyć, że przyjechałem specjalnie dla niej. I choć nie czuję się tak dobrym tancerzem jak głosi fama, to zaraziłem ją tą pasją i razem jeździmy na mistrzostwa świata w tangu. Oczywiście kibicujemy Argentynie, która zawsze wygrywa. Jak pojedzie pani do Argentyny, to proszę posiedzieć w barze i popatrzeć, jak ruszają się tam starzy ludzie - to niepowtarzalny sposób chodzenia, który wyrasta z tańca. To jest też moje marzenie, ostatnią prostą w życiu przejść pięknym rozkołysanym krokiem.