Wes Craven zanim został reżyserem, wykładał historię literatury angielskiej, specjalizując się w powieściach grozy. Jego zajęcia cieszyły się nawet sporym powodzeniem, ale Craven doszedł w końcu do wniosku, że zamiast uczyć o grozie, lepiej ją tworzyć.

Zajął się pisaniem scenariuszy i reżyserowaniem horrorów. Funkcjonował w niszy wielbicieli kina grozy z pograniczu klasy A i B, aż do chwili, gdy „Koszmar z ulicy Wiązów” (1984) odniósł niespodziewany sukces, dając początek serii sequeli. Craven został ojcem chrzestnym odmiany horroru dla nastolatków. Dla zdeklarowanych fanów kina grozy jego nazwisko stało się jednak symbolem horrorowej tandety.

W latach 90. reżyser próbował to zmienić, kręcąc nietypowe horrory, stawiające ciekawe pytania na temat roli strachu w kulturze masowej i udzielające całkiem inteligentnych odpowiedzi. Jeszcze przed swoim wielkim powrotem w „Krzyku” (1996) zrobił m.in. „Ostatni koszmar Wesa Cravena” (1994), którego bohaterami byli członkowie ekipy tworzącej cykl „Koszmarów z ulicy Wiązów” (aktorzy i Craven grali tam samych siebie).

Wydawało się, że wraz z tym filmem Freddy Krueger raz na zawsze odejdzie do krainy umarłych. Tymczasem wskrzesił go w 2003 roku Ronny Yu w crossoverowym filmie „Freddy kontra Jason”, gdzie kultowy mściciel zza grobu spotkał się z Jasonem Voorheesem – bohaterem serii „Piątek, trzynastego”.

Powrót na ekrany w klasycznej formule był tylko kwestią czasu. Wrócił zatem Freddy w filmie, który jak mówią producenci, miał być nie tyle nową wersją „Koszmaru…”, ile jego reinterpretacją. Jako reżysera zatrudnili realizatora reklam i teledysków Samuela Bayera, zaś w roli następcy Roberta Englunda obsadzili Jackiego Earle’a Haleya. Fabułę opowiadają zasadniczo podobną do oryginału, z tym że w zmienionych realiach, z innymi akcentami, z bohaterami wystylizowanymi na współczesnych emo nastolatków.

W świecie bohaterów nowego „Koszmaru z ulicy Wiązów” dorosłych albo nie ma wcale, albo są figurami apodyktycznych wapniaków z innych czasów, albo zachowują się irracjonalnie biernie. Dzieciaki są opuszczone, same muszą sobie radzić z problemami wieku dorastania, a symboliczną manifestacją owych lęków miał być właśnie wyciągnięty z lamusa Freddy.

Sprawdza się w tej roli niestety średnio. Ciągle ma swój kapelusz, szpony, ale jako postać metaforyzująca lęki wypada jakoś sztucznie, plastikowo. Freddy nie jest już potworem z piekła rodem, naznaczonym szaleństwem, skazanym na zło, ale nie bardzo wiadomo kim. Może okrutnie skrzywdzonym wrażliwcem? Może zdegenerowanym pedofilem? Może odrzuconym przez „normalnych” umysłowo chorym.

To napięcie rozgrywa Bayer nawet sprawnie, tyle że nie bardzo wiadomo po co. Bo całe genialnie wymyślone przez Cravena sprzężenie snu i jawy służy wyłącznie do straszenia konwencjonalnymi metodami. Właściwie nie ma znaczenia, kim jest Freddy, dlaczego się mści, czy jest zły z własnej, czy cudzej winy, nie ma w nim cierpienia, tragicznego rozdwojenia. Rzecz wyłącznie w tym, żeby efektownie ciął szponami, malowniczo wyskakiwał z mroku i straszył basowym głosem. I to się właśnie dzieje w mechanicznych sekwencjach notorycznie bazujących na efekcie mylenia snu i jawy.

Granice są wtórne, rozwój intrygi przewidywalny, tajemnice pozorne. Oglądamy odhaczanie kolejnych obowiązkowych punktów programu, utrzymane w bezpiecznych, klarownych ryzach. Żadnego szaleństwa, zaskoczenia, wszystko zrobione sprawnie, gładko, efekciarsko, bezpłciowo wedle sprawdzonych w gatunku nastoletnich horrorach recept. Może tylko odrobinę bardziej krwawe. Tragedii nie ma, ale trupa Freddy’ego nie bardzo warto było dla tak letniego dziełka reanimować. Może zresztą w ogóle już nie warto, bo to chyba straszyciel nie na te czasy.