Zmierzch Dzikiego Zachodu to westernowy temat rzeka i to co najmniej tak szeroka jak Rio Grande, którą przekraczało wielu wyjętych spod prawa filmowych banitów, by uciec przed sprawiedliwością do Meksyku. Kino ów moment końca czasów prawa kolta wypieranego przez prawo kapitału podejmowało w tonacjach różnych: od balladowej nostalgii „Pat Garett i Billy Kid” Sama Peckinpaha począwszy poprzez awanturnicze epopeje w rodzaju „Czerwonej rzeki”, a na dezynwolturze „Bez przebaczenia” Clinta Eastwooda skończywszy.

Nierzadko bohaterami mitycznych opowieści o kresie ery pionierskiej były postaci autentyczne – legendarni rabusie i rewolwerowcy, jak właśnie Billy Kid czy Jesse James, czy stróże prawa, jak szeryf Wyatt Earp. Bohaterowie westernu George’a Roya Hilla także żyli naprawdę. Robert LeRoy Parker alias Butch Cassidy był szefem gangu zwanego Dziką Bandą, który na przełomie XIX i XX wieku napadał na banki i pociągi w zachodnich stanach. Do bandy przystał Harry Longbaugh, nazywany Sundance Kidem.

Ścigani przez grupę doborowych stróżów prawa wynajętych przez kompanię kolejową Union Pacific próbowali zawrzeć z jej szefami ugodę. Gdy się to nie udało, wyjechali w towarzystwie kochanki Longbaugha Etty Place do Argentyny, gdzie przez jakiś czas próbowali zostać farmerami. Ostatecznie wrócili jednak do bandyckiego rzemiosła, które uprawiali z dużym powodzeniem w Argentynie, Chile i Boliwii. Zginęli w roku 1908, otoczeni przez wojsko i policję w boliwijskim miasteczku San Vincente. Z tym że jednak nie na pewno.

Szybko pojawiły się plotki, że jakimś cudem wyszli z obławy cało, wrócili do Stanów i żyli jeszcze długo pod zmienionymi nazwiskami. Siostra Butcha zapewniała dziennikarzy, że brat odwiedzał ją jeszcze w roku 1925. Co w tym wszystkim jest prawdą, a co legendą – nie do końca wiadomo. George’a Roya Hilla prawda mniej zresztą interesowała niż właśnie otaczająca Butcha Cassidy’ego i Sundance’a Kida legenda dobrych bandytów w starym stylu. Z pionierskimi zasadami, kodeksem honoru i etosem wolności. Ponoć zresztą Butch i Sundance – w odróżnieniu od wielu innych bandytów na Zachodzie – rzeczywiście starali się unikać przemocy i przelewu krwi.

Na ekranie mamy więc scenę, w której po wysadzeniu drzwi pociągu najpierw troskliwie sprawdzają, czy nic nie stało się konwojentowi, a dopiero potem dobierają się do sejfu. Już w Boliwii Butch oświadcza zaś Sundance’owi, że jeszcze nigdy nikogo nie zabił. Ot, para zbuntowanych przeciw prawom nowego wieku włóczykijów dżentelmenów przywiązanych do swobody, smakujących uroki życia, tyle że wykonujących nietypowy zawód.

Scenarzysta William Goldman tak skonstruował fabułę, by opowieści o ich losach nadać charakter zbliżony do opery buffo. Napady, pogonie, ucieczki, strzelaniny potraktował z pewną dezynwolturą, dramatyzm kontrapunktując komediowymi puentami i dowcipnymi dialogami. Jak w niezapomnianej scenie, gdy uciekając przed pogonią, bohaterowie na skalnej półce nad górską rzeką muszą skoczyć w przepaść i nagle okazuje się, że Sundance nie umie pływać.

Wszystko tu ma charakter przewrotnej gry z konwencją i ekranowymi kliszami. Nawet symbole nowych czasów – rower, na którym szaleje Butch, obrazki z podróży wyświetlane w formie sepiowanych fotografii są westernowymi anachronizmami, odsyłają do nostalgicznej mitologii beztroskiego Zachodu.

Swawolna opowieść wszystkie zużyte kanony podaje w formie przetworzonej, nie idealizując Zachodu, ani nie popadając w karykaturę. Nawet słynna ostatnia scena zakończona stopklatką odsyłającą bohaterów wprost do legendy jednocześnie działa jak tradycyjna celebracja, z drugiej zaś wygląda jak pastisz tradycyjnego westernowego patosu. Zmyślnie to wszystko wpisał Hill w nastroje kontestacji lat 60.

Z bohaterów, niczym Penn w „Bonnie i Clyde”, zrobił anarchiczne symbole wolności kontestujące dyktat pieniądza i kołtuński konserwatyzm. Pisząc scenariusz, Goldman wyobrażał sobie Paula Newmana w roli Sundance’a i Jacka Lemmona w roli Butcha Cassidy’ego. Producent sądził, że lepszym Butchem będzie Steve McQueen, ostatecznie jednak to Newman zagrał Butcha, a Sundance’em został Robert Redford.

Na planie tego filmu obaj zresztą zostali wielkimi przyjaciółmi. Niedługo potem pojawili się razem w „Żądle” tegoż samego George’a Roya Hilla. Łączącą ich chemię się w filmie czuje. Stworzyli duet wręcz idealnie dopasowany, zagrali swoje role z widowiskową nonszalancją, brawurowo ogrywając dżentelmeński wdzięk słodkich drani. To dla nich wciąż ma się ochotę do „Butcha Cassidy i Sundance Kida” wracać. A że przy okazji to jeden z najlepszych tragikomicznych westernów w historii, tym mocniej zachęcam do zobaczenia go na wielkim ekranie.