Rosario jest laską ostrą jak tabasco. Kwiatowe (choć też kłujące) imię może o tym nie świadczy, ale przydomek Tijeras (Nożyce) przylgnął do niej nie bez powodu. Bo właśnie przy pomocy nożyczek wykastrowała kiedyś mężczyznę, który ją zgwałcił. Rosario jest też piękna, seksowna, świadoma tego, jak działa na facetów. I potrafi tę władzę wykorzystać. A to w rządzonym przez narkotykowych mafiosów Medelin ma wymiar daleko bardziej egzystencjalny niż gdzie indziej.

Reklama

Bo w świecie zdominowanym przez macho kobiety tylko świadczą usługi. Nie tylko seksualne zresztą. Rosario oprócz tego, że daje się mężczyznom (najchętniej bogatym) zaciągnąć do łóżka, zabija na zlecenie: dla mężczyzn i wyłącznie mężczyzn. Pozwala się traktować jak myśliwskie trofeum, po czym strzela im w symbol męskości po pożegnalnym pocałunku. I cierpi. Bo bezwzględność miesza się u niej z tęsknotami za normalnym życiem i normalną miłością. Tyle że gdy znajduje się dwóch takich, między których podzieliła duszę i ciało, z jednym się przyjaźniąc, a drugiego darząc namiętnością, okazuje się, że sama jest niezdolna do uczucia, że nie daje się kochać.

Rosario zabija, bo się mści. Za dawny gwałt, za stratę brata, za to, kim się stała, za to, jak urządzony jest świat. W Kolumbii ta romantyczna mścicielka stała się ikoną. Najpierw wtedy, gdy pojawiła się jako postać tytułowa na kartach powieści znakomitego Jorge Franco, a potem, gdy jako filmowa bohaterka pobiła popularnością Chrystusa z "Pasji" Gibsona. Wpisując ją w melodramatyczny sztafaż brudnej latynoskiej telenoweli, Franco podstawił Kolumbijczykom kulturowe lustro, pokazał im ich współczesny obraz po narkotykowej wojnie: ponury, krwawy, bezwzględny. Ale taki, jaki byli w stanie zaakceptować. Na prawdziwe odbicie, karmieni przez lata realizmem magicznym i serialową tandetą, nie są jeszcze gotowi.

Reżyser filmowej wersji Emilio Maille poszedł tym samym tropem. Jego film zaczyna się jak thriller, gwałtownie skręca w kierunku telenoweli, a następnie wchłania wszelkie możliwe klisze i schematy, by pod maską odwołań do stylistyki komiksu, czarnego kryminału, zabaw spod znaku Tarantina zawrzeć jakąś prawdę o kolumbijskiej traumie. Czasem Maille ucieka się do symbolicznych skrótów, jak np. w scenie, gdy Rosario "uświęca" pociski, szepcząc zaklęcia nad figurą Matki Boskiej zanim umieści je w bębenku rewolweru. Czasem z całą brutalnością sportretuje wycinek prawdziwego życia w slumsach Medelin. Pokaże nawet stypę w nocnym klubie z udziałem samego denata, nad którego ciałem erotyczny egzorcyzm odprawia naga kobieta. Jest w tych symbolach i dosłownościach latynoska krwistość przemieszana z poetyckimi odlotami w kierunku uspokajających widoczków zachodzącego słońca.

W takiej kolażowej technice i dwuznacznym wizerunku głównej bohaterki pewnie moglibyśmy szukać metafor - np. całej Ameryki łacińskiej rozdartej między niewinnością a przemocą, religią i kiczem. Tyle że szukać wcale nie trzeba, bo metafory biorą w końcu górę nad życiem. Zagmatwana narracja zamiast podgrzewać emocje do samego końca, plącze czasy i wątki, rwąc się na coraz bardziej odrębne epizody. A i sama bohaterka traci stopniowo kondycję anioła zemsty i coraz bardziej stacza się w odmęty banalnej bohaterki dramatu upadłej kobiety.

Maille źle wyszedł na próbie łagodzenia powieści Franca poszukiwaniem zwiększonej dawki fabularnych masek. A najgorzej na tym, że brudny, rozpaczliwy powieściowy seks umieścił w wystylizowanych ramkach dość śmiałego soft porno. Na szczęście w filmowym "Rosario Tijeras" udało się ocalić na tyle wybuchowy obraz histerycznego życia naznaczonego piętnem śmierci i odium kulturowego banału, by można było się w nim ze zdziwioną, dziką rozkoszą zanurzyć.


"Rosario Tijeras"
Kolumbia/Hiszpania/Meksyk/Brazylia 2005; Reżyseria: Emilio Maille; Obsada: Flora Martinez, Unax Ugalde, Manolo Cardona, Rodrigo Oviedo; Dystrybucja: Vivarto; Czas: 126 min
Premiera: 22 czerwca