"Nie wiedziałem, że rozpacz jest gorsza od śmierci. Albo że jest innym rodzajem śmierci" – mówi Marlon, Kolumbijczyk, który emigruje do Stanów. Rozpacz jest w tej historii motorem działania. Niezadowolenie z życia pozbawionego szans na rozwój. Wyobrażenie o amerykańskim raju.

"Paraiso Travel", powieść Jorge Franco, kilka lat temu była bestsellerem. Nic dziwnego, w pierwszej narracyjnej warstwie to love story. Smutna opowieść o dwójce Kolumbijczyków, którzy najpierw marzą o amerykańskim szczęściu, potem te marzenia próbują spełnić, uciekając ze swojego kraju. Celem jest Nowy Jork.

To najbardziej otwarte miasto świata w "Paraiso Travel" wydaje się mroczną, nieprzeniknioną enklawą. Im dłużej ogląda się tę historię, tym ważniejsze staje się pytanie, dlaczego uciekli, skoro w kolumbijskim Medellin nie było tak źle? Biednie, ale także rodzinnie. Może nudno, jednak bezpiecznie.

Nie byłoby tej historii, gdyby Marlon nie oszalał na punkcie Reiny. Znała Amerykę z kolorowych zdjęć w tabloidach. Nie zastanawiała się, dlaczego musi tam pojechać, ale czuła, że to raj. Nie była mądra, za to sprytna. Zdawała sobie sprawę, że Marlon zrobi dla niej wszystko. Zatem za pieniądze rodziny chłopaka uciekła z nim do Ameryki.


Podróż do wymyślonego raju jest tak naprawdę trudną, śmiertelnie niebezpieczną wyprawą. Lot do Panamy, potem podróż autobusem, noce w wynajętych barakach, ukrywanie się w ciężarówkach. Zabójstwa, śmierci z wycieńczenia, gwałty. Na początku entuzjastyczni, przepełnieni marzeniami Kolumbijczycy stają się coraz bardziej wycieńczeni, przepełnieni złością, jednak do końca tak bardzo zdeterminowani, żeby dotrzeć do Stanów, że pozwalają się poniżać.

Ten koszmar pokonywania granic zderzony jest ze scenami z Nowego Jorku. Tam wprawdzie na początku trzeba sprzątać łazienki, żeby przeżyć, ale wynagradzają to noce w klubach. W jednym z nich Marlon zakochuje się w pięknej piosenkarce (Ana de la Reguera znana z "Nacho Libre").

Reżyser Simon Brand mówił w jednym z wywiadów: „Chciałem zrobić film, po obejrzeniu którego mieszkańcy Ameryki Łacińskiej pomyślą kilka razy, zanim zdecydują się na nielegalne przekroczenie granicy Stanów. Ale też, żeby Amerykanie bardziej zastanawiali się, jak traktują imigrantów”. Udało się uzyskać ten efekt bez podawania wprost publicystyki społecznej, bez pouczania. Problemy związane z nielegalną emigracją naświetlone są przez dobrze wymyślonych bohaterów.

Reina jest metaforą otwartości Ameryki Łacińskiej, jej kiczu, pogoni za marzeniami. Marlon za to jest potulnym chłopcem, który szybko godzi się na rolę sługusa Amerykanów, na czym dobrze wychodzi. Gra go Aldemar Correa, nazywany przez reżysera następcą seksownego Gaela Garcii Bernala.


Marlonem bardziej kierują ambicje niż potrzeby ekonomiczne. Chce po prostu dostać więcej szans, niż daje mu jego kraj. W Nowym Jorku gubi Reinę. Bardzo długo nie potrafi jej odnaleźć. Szukając jej desperacko, doświadcza własnej odrębności w obcym kraju, znajduje pracę, przyjaciół, mieszka z dziwakami.

Niechronologiczna, rwana narracja, zestawianie trudnego życia imigrantów w Nowym Jorku ze scenami koszmarnej ucieczki potęgują wrażenie bezsensowności nielegalnej emigracji. Mimo wszystko "Paraiso Travel" jest filmem o zwycięstwie jednego z bohaterów – tego, którego oczekiwania są najmniejsze.

PARAISO TRAVEL | Kolumbia, USA 2007 I reżyseria: Simon Brand I obsada: Angelica Blandon, Aldemar Correa, Ana de la Reguera I dystrybucja: Vivarto I czas: 110 min.

JORGE FRANCO

Kolumbijczyk, ma 48 lat. Na uniwersytecie w Bogocie ukończył literaturę, w Londyńskiej Szkole Filmowej reżyserię. Autor kilku nagradzanych powieści, z których najbardziej znane to "Rosario Tijeras" oraz "Paraiso Travel". Współtworzył scenariusze filmów na ich podstawie. Jako pisarz zadebiutował zbiorem opowiadań "Maltido amor". Za pierwszą powieść, "Mala noche", zdobył kilka wyróżnień, ważnych w świecie literatury latynoamerykańskiej. Niedługo po debiucie zaczęło się go uznawać za następcę Marqueza, który chwalił go publicznie. Franco twierdzi, że na to, jak pisze, największy wpływ miało studiowanie reżyserii oraz pochodzenie. "Magiczny realizm mamy w Ameryce Łacińskiej we krwi. Żyjemy w tak absurdalnej rzeczywistości, że często wydaje się po prostu nierealna. Dlatego najlepiej opisywać ją, jakby była snem".

wp