Rumuńska rewolucja z 1989 roku, podobnie jak nasza, ma swoją bohaterską legendę, którą Corneliu Porumboiu potraktował bez sentymentów, uderzania w patriotyczne bębny i salonowego rozdzierania szat. W 16. rocznicę antykomunistycznego przewrotu redaktor prowincjonalnej stacji telewizyjnej realizuje program poświęcony tamtym wydarzeniom. Zaprasza dwóch uczestników przewrotu: miejscowego nauczyciela historii oraz starszego pana, którego wszyscy znają z tego, że podczas świąt przebierał się za Świętego Mikołaja, wówczas zwanego jeszcze Dziadkiem Mrozem.

Reklama

W studiu pada pytanie: "Czy w naszym mieście rewolucja była, czy jej nie było?". Nauczyciel upiera się, że była, bo rankiem 22 grudnia 1989 roku wraz z trzema kolegami wyszedł na centralny plac miasta i przed zamkniętą na głucho siedzibą partyjnego komitetu wywrzaskiwał wywrotowe hasła. Starszy pan potwierdza: rewolucja była. On na ten sam plac przyszedł później z tłumem demonstrantów i miał odwagę krzyczeć: "Śmierć Ceausescu!".

Wszystko pięknie, tyle że opowieści nauczyciela nie potwierdza nikt z dzwoniących do studia telewidzów poza mieszkającą tuż przy placu kobietą, która widziała, jak pijany w trupa wychodził z pobliskiej knajpy. Z kolei historia starszego pana nie ma wielkiego znaczenia, bo przyszedł na plac po godzinie 12:08, gdy upadek Ceausescu był już faktem.

Była więc ta rewolucja czy jej nie było? Emerytowany Dziadek Mróz mówi tak: "Każdy robi taką rewolucję, na jaką go stać". A zastraszonych, pogrążonych w marazmie mieszkańców prowincjonalnego miasteczka stać było jedynie na to, by wyjść na ulice, gdy rewolucja w Bukareszcie już się skończyła. Zresztą i dziś stać ich na niezbyt wiele. Redaktor, niegdyś technik odzieżowy, założył wprawdzie telewizję i jakoś mu starcza na utrzymanie żony i córki, a nawet kochanki, ale chałupnicza zgrzebność wyłazi z każdej dziury. Nauczyciel jak pił za komuny, tak i w demokracji nie wytrzeźwiał, więc bez ustanku spłaca pijackie długi. Emerytowi zaś mikołajowe przebranie dawno zjadły mole. Tylko były księgowy tajnej policji Securitatae założył firmę i ma się całkiem nieźle.

Ów dzień dzisiejszy rumuńskiej prowincji fotografowany z turpistyczną manierą może i powiela schemat sepiowej fotografii z żywego skansenu socjalizmu. Sęk jednak w tym, że w tej fotografii mogą się przejrzeć nie tylko Rumuni, lecz także wszystkie byłe demoludy. Skrzecząca pospolitość uwiarygadnia ironię, z jaką Porumboiu traktuje rewolucję. Ironię zjadliwą i bezkompromisową, ale po swojemu nostalgiczną. Więc mimo pewnej tendencyjności obrazu prowincjonalnej szarości i beznadziei zazdroszczę Rumunom tego filmu. Cóż, każdy ma takie kino o historii najnowszej, na jakie go stać. My nie mamy go wcale.


"12:08 na wschód od Bukaresztu"
Rumunia 2006; Reżyseria: Corneliu Porumboiu; Obsada: Mircea Andreescu, Teodor Corban, Ion Sapdaru; Dystrybucja: Vivarto; Czas: 89 min
Premiera: 18 maja