Scenariusz filmu „Hurt Locker. W pułapce wojny” wziął się z reporterskiego doświadczenia.
Mark Boal: Byłem w Iraku jako korespondent wojenny przez trzy tygodnie. Ulokowano mnie razem z jednostka saperów. Większość z rzeczy, które opisałem w scenariuszu „Hurt Lockera” było wspomnieniem z tamtego pobytu. Właściwie wszystkie pokazane w nim wydarzenia są prawdziwe, choć bohaterowie filmu są kompilacją osób, które poznałem w Iraku.

To, co najbardziej zaskoczyło mnie podczas tamtej podróży, to fakt, że spodziewałem się spotkać ludzi, którzy będą zmęczeni, przerażeni, narzekający – takich bohaterów filmów o Wietnamie. Tymczasem ci faceci sprawiali wrażenie jakby lubili swoja robotę. Wtedy uświadomiłem sobie, że przykładamy do tej wojny anachroniczne kryteria, że to nie to samo co Wietnam, gdzie wszyscy młodzi ludzie byli zmuszani jechać na wojnę.

Nie mówię, że wojna teraz jest lepsza, bo jest tak samo okropna. Tyle tylko, że tym razem ludzie są tam z własnego wyboru, świadomie, a wojna jest dla nich przygodą, zastrzykiem adrenaliny. To robi ogromną różnicę.

A czym jest dla pana? Pan też świadomie, dobrowolnie pojechał obserwować wojnę.
MB:
To jest forma uzależnienia. Mogę się utożsamić z tymi chłopcami, rozumiem to uczucie. Motto, które pojawia się na początku filmu: „Wojna to narkotyk” wziąłem z korespondenta wojennego Chrisa Hudgesa. On wielokrotnie przyznawał, że nie potrafi wysiedzieć, kiedy wie, że coś się dzieje na świecie. To silniejsze od niego. W domu, w spokojnym otoczeniu dostawał depresji.

Ja walczę ze swoim nałogiem. Staram się przekonać siebie, żeby nigdzie już nie jechać. Bo powroty są trudne. Człowiek ma wrażenie, że ma lekkiego kaca, wszystko wydaje się takie płaskie, nieinteresujące. Kiedy jesteś w sytuacji zagrożenia życia wszystko wydaje się ważne, myślisz o sobie inaczej, w bardzie epicki sposób, powiedziałbym. Banalne pytania o to jak wyglądam i czy wyłączyłem pralkę nawet nie przemykają ci przez głowę. Myślisz za to o śmiertelności, o wyższych uczuciach.

Ze scenariuszem udał się pan do Kathryn Bigelow. Proszę wybaczyć, ale filmy wojenne uważa się raczej za domenę reżyserów-mężczyzn. Co spowodowało, że postanowiliście państwo pracować razem nad tym tematem?
Kathryn Bigelow:
Nigdy nie patrzyłam na robienie filmów przez pryzmat gatunków. Ciekawe, że nikt nie czepia się kobiet, które są astrofizykami, matematykami, chirurgami. A każdy ma swoje zdanie na temat kobiet-reżysera, która nie robi filmów wyłącznie dla kobiet. Szkoda, że nie żyjemy w czasach postpłciowych.

Czytaj dalej >>>


MB: Poza tym scenariusz, który zaproponowałem Kathryn od początku miał być nie tylko o wojnie. Miał też zadawać pytanie czym gdzie jest różnica między dobrym żołnierzem a dobrym człowiekiem. Czy to to samo, czy człowiek, który decyduje się walczyć na wojnie może sobie pozwolić na ludzkie uczucia, na naturalne wahania?

KB: Od początku było wiadomo, że będziemy mogli kręcić na Bliskim Wschodzie, w warunkach niemal identycznych w jakich żyją bohaterowie filmu, że to będzie rzecz oparta na relacji z pierwszej ręki. Takie warunki pracy były spełnieniem moich marzeń jako filmowca. Poza tym, ta wojna jest jedną wielka dziurą informacyjna w Stanach. Tak jakby media nabrały wody w usta w jej sprawie. Kiedy Mark wrócił z wojny i powiedział, że chce o tym pisać scenariusz poczułam, że chodzi o coś więcej niż film.

Ogląd wojny w pani filmie jest nieco inny niż w większości obrazów powstałych na kanwie konfiktu w Iraku. Większość z nich rzuca oskarżenia wobec amerykańskiej administracji jak w „W dolinie Elah” czy wprost nazywa żołnierzy mordercami jak „Redacted” Briana De Palmy. Pani nie szuka kandydatów na ławę oskarżonych.
KB: Podobnie jak każda przytomnie myśląca osoba uważam, że każda wojna jest tragedią i ta wojna nie jest wyjątkiem. W ostatnich wyborach prezydenckich istniały tylko dwa tematy debaty publicznej: wojna i ekonomia. To jasny sygnał, że Ameryka szuka odpowiedzi na pytanie czym jest ta wojna, chce ją zrozumieć. Dla mnie opowiedzenie o wojnie jest kwestia bycia odpowiedzialnym twórcą.

MB: Z całym szacunkiem dla Briana De Palmy, jestem przekonany, że on wyłożył całą swoją filozofię na temat konfliktów zbrojnych w „Ofiarach wojny”, gdzie pokazał proces zamiany niewinnych chłopców wysyłanych do Wietnamu w potwory, w zbrodniarzy.

Myślę, że „Redacted” jest echem tamtego filmu. Ja będąc w Iraku nie miałem poczucia, że mam do czynienia ze zwyrodnialcami. To ludzie, którzy na co dzień obserwują jak ludzkie życie jest marnowane jak woda w cieknącym kranie. Jednak to jeszcze nie czyni ich kryminalistami. Nie wyobrażam sobie też, że nasi bohaterowie wygłaszają jakieś deklaracje polityczne czy z oczami wbitymi w kamerę oskarżają Busha czy kogokolwiek z jego otoczenia.

Nie chodzi przecież o takie deklaracje polityczne. „Hurt Locker” unika polityki jako takiej. Dlaczego wzięli państwo taki temat i nie zdecydowali się go skomentować?
MB:
Nie zgadzam się. Pokazując rzeczywistość jeden do jednego komentujemy ją niejako automatycznie. Pokazując minuta po minucie mechanizmy wojny wyrażamy swoją opinię o niej bez robienia tego wprost. Poza tym zostawiamy ocenę przedstawianej przez nas historii widzom.

KB: Dla mnie to nowoczesny sposób wyrażania swoich opinii politycznych, bez nachalnej tezy. Moim zdaniem reżyser nie ma prawa mówić widzowi co jest dobre, a co złe. Nasza rola nie jest uprzywilejowana względem widza, jesteśmy od przekazywania informacji. A odpowiedzialność w tym zawodzie polega na nie manipulowaniu tymi informacjami.

Najważniejsze jest by widz wychodząc z kina miał więcej informacji niż wchodząc do niego i miał lepsza podstawę do sformułowania własnej opinii.

To co pani mówi bardziej przypomina pracę dziennikarza niż filmowca. My jesteśmy od przekazywania faktów, człowiek zajmujący się sztuką powinien je twórczo wykorzystywać.
MB:
Myślę, że Kataryn wymyśliła nowy rodzaj kina, który można by roboczo nazwać prawdziwą fikcją. „Hurt Locker” jest sztuką, jest przetworzeniem, a równocześnie jest całą prawdą o tym, co dzieje się w Iraku. Trzeba zrozumieć, że jesteśmy Amerykanami, powtórzyć, że nie mamy dostępu do tych informacji o wojnie, do których mają dostęp Europejczycy. W Bagdadzie nie został ani jeden reporter CBS! Nasz film to świadectwo.

KB: Fotoreporterzy nie maja już dostępu do amerykańskich jednostek w Iraku. Prasa burzy się, że wprowadzono nieformalną cenzurę. W sytuacji napięcia, braku wiadomości z frontu, ludzie z naszego otoczenia zachęcali nas by mając dostęp do takich informacji podzielić się nimi z innymi.