Dziennik Gazeta Prawana logo

Ostatni zryw łajdaka

19 lutego 2010, 17:54
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty
Ostatni zryw łajdaka
Inne
Komedia Jana Hřebejka to w sumie dość gorzkie, melancholijne kino o przemijaniu i szukaniu szczęścia na siłę. Ten, kto spodziewałby się jednak w filmie "Do Czech razy sztuka" umoralniającego schematu może się mocno zawieść. To czeskie kino, w którym jak ognia unika się łatwych i zdecydowanych wyroków, a w cenie jest przede wszystkim wyrozumiałość.
fr_doczechrazy_001_246692a_987670.jpg
"Do Czech razy sztuka" - ostatni zryw łajdaka

(oryg. "Nestyda")
Czechy 2008; reż. Jan Hřebejk, obsada: Jiří Macháček, Emília Vášáryová, Simona Babčáková; czas trwania: 88 min.; dystr. TiM Film Studio; Ocena 4/6



40-letni Oskar, prezenter pogody w czeskiej telewizji (świetny, rozbrajający Jiří Macháček - przeczytaj nasz wywiad z aktorem), odkrywa pewnego dnia, że jego żona jest posiadaczką... monstrualnego nosa. W wyniku tego odkrycia małżeństwo staje w obliczu poważnego kryzysu, a sam Oskar rozpoczyna serię miłosnych przygód na boku, najpierw wdając się w ognisty romans z opiekunką swojego dziecka, potem zaś - gdy okaże się, że opiekunka, mimo posiadania biustu wielkiej urody jest osóbką raczej zołzowatą - zawierając osobliwą erotyczno-macierzyńską znajomość z dużo starszą od siebie gwiazdą czechosłowackiej piosenki. Kryzys wieku średniego i rozpaczliwe próby jego zażegnania uruchamiają w życiu Oskara pasmo spektakularnych katastrof - tymczasem jego żona, wystawiwszy mu walizki za drzwi, radzi sobie całkiem nieźle, poznając wreszcie człowieka, z którym potrafi się po ludzku dogadać...

Ten, kto spodziewałby się jednak w filmie „Do Czech razy sztuka” (skądinąd tytuł kretyński - film w oryginale nazywa się „Bezwstyd”) umoralniającego schematu, w którym grzesznik ponosi karę, skrzywdzony znajduje szczęście, a serca mimo przeszkód torują drogę ku sobie, może się mocno zawieść. To czeskie kino, w którym jak ognia unika się łatwych i zdecydowanych wyroków, a w cenie jest przede wszystkim wyrozumiałość.

I dlatego, chociaż Oskar jest niewątpliwie bezceremonialnym łajdakiem pozbawionym wstydu, budzi niespodziewaną sympatię w swoim udawanym cyznizmie, w zagubieniu i desperacji. A kiedy odkrywamy, który z bohaterów okazuje się największym hipokrytą, wprawdzie nas to nie dziwi, ale też nie budzi potępienia. Gdybym miał szukać jakiegoś określenia gatunkowego dla tego filmu, najlepiej pasowałby mi termin „komedia antyromantyczna”.

„Do Czech razy sztuka” było u naszych południowych sąsiadów wydarzeniem – mniej artystycznym, a bardziej towarzyskim: oto bowiem na planie filmowym spotkały się po raz pierwszy dwie gwiazdy tamtejszej kultury: reżyser Jan Hřebejk i pisarz Michal Viewegh. Nie mamy u nas, nawiasem mówiąc, żadnego twórcy, który byłby porównywalny z tą dwójką – ani filmowca, który co roku dostarczałby widzom dobrego kina popularnego, ani prozaika, który z podobną regularnością produkowałby bestsellery, będące jednocześnie niegłupią, śmieszną i z sensem napisaną literaturą obyczajową.

Ale „Do Czech razy sztuka”, adaptacja powieści Viewegha „Opowiadania o małżeństwie i seksie”, nie aspiruje do rangi arcydzieła. To rzecz rozrywkowa, choć, jak na kino do śmiechu, budząca sporo gorzkich refleksji. Takich choćby, że ostatni zryw 40-latka, nim na dobre zalegnie w kapciach przed telewizorem, to jednak zwykle groteskowa i żałosna próba przywołania uniesień, których powtórzyć się już nie da. Ale też – że partnerstwo na siłę zdecydowanie nie jest warte mszy, a w relacjach damsko-męskich sentymentalne emocje wypalają się szybciej niż siarka z zapałki.

Kiedy myślę o tym filmie, przypomina mi się „Modlitwa”, jedna z najsłynniejszych piosenek Bułata Okudżawy. „Dopóki nam Ziemia kręci się, / dopóki jest tak czy siak, / Panie, ofiaruj każdemu z nas, / czego mu w życiu brak: / mędrca obdaruj głową, / tchórzowi dać konia chciej, / sypnij grosza szczęściarzom... / i mnie w opiece swej miej” (przekład Andrzeja Mandaliana). Dzieło Viewegha i Hřebejka ma w sobie podobną myśl – dość umiejętnie zresztą wcieloną w czyn na ekranie. To chyba zresztą najlepsza z ekranizacji prozy czeskiego pisarza, z tych, które mieliśmy okazję oglądać. Ale wciąż nie dotarła do nas adaptacja jego debiutanckiej powieści „Cudowne lata pod psem”, choć od premiery filmu Petra Nikolaeva mija w tym roku już 13 lat.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj