W 2005 roku, w trakcie tak zwanego pitchingu, czyli prezentacji nowych pomysłów na Międzynarodowym Festiwalu Filmów Dokumentalnych w Jihlavie, wspólnie z Piotrem Rosołowskim, współscenarzystą i późniejszym autorem zdjęć do „Królika”, zaprezentowaliśmy pomysł opowiedzenia o najnowszej historii Niemiec z punktu widzenia królików. Aplauz był natychmiastowy. Tematem zainteresowały się jednocześnie telewizje: niemiecka, belgijska, fińska i oczywiście polska. Mogliśmy zaczynać...
Nie. Paradoksalnie Niemcy, którzy mają największy udział finansowy w produkcji „Królika”, namawiali nas, żebyśmy robili to, na co tylko mamy ochotę. Okazało się bowiem,
że „Królik po berlińsku” trafił do zaczarowanej grupy jednego procentu rocznej produkcji stacji MDR, w ramach którego powstają najbardziej zwariowane i ryzykowne projekty.
Nie musieliśmy płacić żadnych komercyjnych serwitutów.
Tak to wygląda w wypadku dużych koprodukcji. Realizacja „Królika” trwała prawie cztery lata. Na początku trzeba było uporządkować finansowanie filmu, skompletować umowy,
potem rozpoczęliśmy wielomiesięczną, skomplikowaną i żmudną dokumentację.
Do dzisiaj nie wiadomo dokładnie, skąd się wzięły. Jest kilka sprzecznych hipotez. Moim zdaniem chodziło o to, że zwierzątka poczuły się tam po prostu bardzo dobrze, były bezpieczne:
daleko od lisów (i od ludzi), miały dużo trawy. Raj.
Kiedy studiowałem archiwalne artykuły prasowe, ze zdumieniem czytałem wypowiedzi czołowych intelektualistów niemieckich - z obu stron muru. Autorytety początkowo wcale nie zaprotestowały na
podział państwa na dwie części. Jak zwykle pod płaszczykiem ideologii pojawiły się argumenty gospodarcze. Że tak będzie lepiej dla obu stron.
Wszyscy je pamiętają, ale nie bardzo chcą o tym mówić. Niezadowoleni z rozmów z ludźmi długo szukaliśmy z Piotrem formy, spoiwa dla naszej historii. Chodziliśmy od domu do domu, szukaliśmy
świadków, ale temat wciąż się nam wymykał. W międzyczasie urodziła mi się córka, Zosia, nakręciłem krótką fabułę - „Trójkę do wzięcia”, z kolei Piotrek
Rosołowski na stałe przeniósł się do Berlina.
W 2007 roku zrobiliśmy pierwsze zdjęcia. Nagraliśmy wtedy na taśmie wiele wypowiedzi, które ostatecznie w 80 procentach trafiły do kosza. Mieszkający w Niemczech Piotrek całymi dniami
przesiadywał w archiwaliach, pomagały nam telewizje. Wciąż pojawiały się nowe pomysły – zastanawialiśmy się na przykład nad wprowadzeniem sekwencji animowanych, wybraliśmy także
konkretnego narratora, ale to wciąż nie było to. Dopiero w momencie, kiedy przyszła mi do głowy Krystyna Czubówna ze swoim charakterystycznym tembrem głosu oraz filmy przyrodnicze, których
była lektorem, nagle wszystko się rozjaśniło. Eureka. Pomysły same zaczęły przychodzić mi do głowy. Złapałem feeling, zobaczyłem film.
Bardzo dziwna sprawa. Przystępując do pracy nad dokumentem, byliśmy przekonani, że Niemcy ze swoją słynną skrupulatnością mają wszystko świetnie zresearcherowane, opracowane i
skatalogowane. Było zupełnie inaczej. Króliki w murze berlińskim to tabu. Nie znaleźliśmy praktycznie żadnych gotowych materiałów filmowych na ten temat.
Może chodzi o wewnętrzną cenzurę? O ile w fabule Niemcy co jakiś czas próbują rozmiękczyć, obśmiać okres podziału - na przykład w „Good Bye, Lenin!” czy w
„Słonecznej alei” - o tyle wszystkie dokumenty na ten temat są bardzo serio. Od redaktorów z niemieckiej telewizji słyszeliśmy wciąż: „Cieszymy się, że film
robią Polacy, my nie potrafilibyśmy nabrać odpowiedniego dystansu”.
Dosyć dobrze, ale bez fajerwerków. Ponieważ otrzymaliśmy już kilkanaście prestiżowych nagród – m.in. Złotego Lajkonika w Krakowie, nagrody na festiwalach HotDocs i Planete Doc
Review – trudno było ten tytuł zignorować, ale mam wrażenie, że Niemcy przestraszyli się wymowy filmu, być może uznali, że jest trochę za wcześnie, żeby o murze berlińskim
opowiadać w takiej tonacji.
Może w tym jest pies pogrzebany. Pardon, królik…
Nieskromnie powiem, że tak - są duże. „Królik” jest jedynym w tym gronie filmem nieamerykańskim. Znamienne, że spośród 37 tytułów walczących o nominację nasz film
miał prawdopodobnie najmniejszą promocję. Nikt z nas nie mógł wtedy pojechać do Ameryki, nie było żadnego wielkiego lobbingu, a mimo to znaleźliśmy się w półfinale. To dobrze rokuje.
Skąd, czysty przypadek. W międzyczasie pojawiały się i upadały różne projekty, akurat te dwa wypaliły. Ale spokojnie, nie planuję trylogii zwierzęcej (śmiech).
Jako reżyserowi zależy mi przede wszystkim na tym, żeby mieć pewność, dlaczego bohater się zmienia, ewoluuje albo podejmuje zgubne w skutkach decyzje. To nie może być przypadek. Szukam
sensu.
Cieszę się, że to zauważyłeś. Nie boję się uśmiechu, surrealistycznego poczucia humoru, które wynikają pewnie z lektury Gombrowicza czy Witkacego albo, jeśli sięgnąć dalej, z tradycji
polskich Sarmatów. Lubię także język aluzji. Taki model kina – i życia – jest mi bliski. Pochodzę z małego miasta, jestem chłopakiem z prowincji. Bardzo długo nie byłem
pewien, co chcę robić w życiu. Moja droga zawodowa była bardzo kręta. Skończyłem filmoznawstwo w Krakowie, pracowałem jako dziennikarz, mieszkałem w Łodzi, dopiero kilka lat temu
przeniosłem się do Warszawy.
Czasami. Byłem członkiem redakcji nieistniejącego od dawna branżowego magazynu „Film Pro”. Przez jakiś czas współpracowałem z radiową „Trójką”,
pisywałem do gazet regionalnych, w końcu podjąłem współpracę z telewizjami. Robiłem reportaże dla TVN, telewizji publicznej. Studia reżyserskie w Katowicach podjąłem jak gdyby z doskoku,
cały czas pracując.
Nie ułatwiałem sobie drogi, niespecjalnie walczyłem, przez cztery lata dłubałem nad jednym filmem. Koledzy są pewnie dalej ode mnie, ale w perspektywie życiowej nie ma to aż tak dużego
znaczenia. Nie pchałem się do fabuły, bo nie miałem o czym opowiadać. Nie znalazłem swojej historii, a może nienależycie jej szukałem? Wiele osób namawiało mnie, żebym rozbudował
scenariusz „Trójki do wzięcia” i wykroił z tego materiału pełnometrażowy debiut. Ale to chyba nie był dobry pomysł. Musiałem jeszcze trochę odczekać. Udało się.
Właśnie zaczynam zdjęcia do „Lęku wysokości”.
Opowieść o synu marnotrawnym. Albo o ojcu, który porzuca swoje dziecko, zdradza. O trudnym powrocie do siebie dwojga ludzi.
Nie tylko. To jest w gruncie rzeczy opowieść o miłości trudnej do spełnienia – pojawiającej się nagle i wywracającej życie bohatera. Taki męski melodramat. Trochę także film o
tym, jak trudno ułożyć najprostsze stosunki w życiu – z własnymi rodzicami. Jak trudno zdobyć się na mądrość i akceptację wobec nich. A przychodzi przecież taki moment, że
stajemy się ojcem dla swojego ojca albo matką dla matki. Wciąż mam w głowie takie filmy, jak „W imię ojca”, „Inwazja barbarzyńców”, „Rain
Man”. Wzruszające opowieści. To jest mój krąg odwołań…
Nie wiem, nie chcę się nad tym zastanawiać. Życie spłatało mi niezłego psikusa. Kiedy się poznaliśmy, nie miałem planu, że będę robił filmy. Zależało mi na realizowaniu wideoklipów,
na muzyce. Potem wciągnął mnie telewizyjny reportaż, dokument. W końcu pojawiała się fabuła. Czuję się trochę jak Kandyd. Nie przestaję się dziwić…
Tak, optymizm, ale taki zwierzęcy, trochę naiwny.