"Zdobyć Woodstock" (aka "Taking Woodstock")
Reklama
USA 2009; reżyseria: Ang Lee; obsada: Demetri Martin, Emile Hirsch, Liev Schreiber; dystrybucja: Forum Film; czas: 110 min; Premiera: 27 listopada; Ocena 4/6



Lee zrobił film daleki od stylistyki muzycznego, pocztówkowego dramatu, której moźna by się było spodziewać, ale bezpretensjonalną, nostalgiczną, brztroską komedię w stylu retro. Bohaterem jest niejaki Elliott Tiber (komik telewizyjny Demetri Martin), gej z Nowego Jorku. Jego rodzice, żydowscy emigranci, prowadzą podupadający motel w pobliżu Woodstock. Za namową Elliota, broniąc się przed plajtą, wynajmują swój hotelik organizatorom najsłynniejszego hippisowskiego festiwalu wszech czasów, nie spodziewając się, jak się to może skończyć. Na okoliczne pola zjeżdża pół miliona młodych ludzi. Trzydniowe święto muzyki, pokoju i miłości, oglądamy nie z rozdętej, epickiej perspektywy wielkiego wydarzenia, ale z punktu widzenia młodego geja, któremu hippisowski karnawał pomógł w odnalezieniu własnej tożsamości. Trzeba było wybuchu przemeblowijącego świadomość, by wreszcie się ośmielił przyzanć do homoseksualizmu własnemu ojcu i odważył pójść pod prąd skostniałej obyczajowości.

Udało się Angowi Lee przywołać atmosferę radosnego karnawału panującą na koczowisku dzieci kwiatów i ująć ten wizerunek w ramy swego rodzaju porteretu czasów niewinności i wiary w ideały zbuntowanego pokolenia. Ang Lee wraca do momentu, gdy wszystko było jeszcze możliwe. Nie próbuje jakiś poważnych rozrachunków z kontrkulturą, nie ma ambicji stworzenia kompletnego bilansu epoki kontestacji. Raczej kameralnie zderza wolnościową mitologię sprzed lat z tym, co dziś z niej zostało. Z sentymentem, pewną melancholią, ale i krytycznym osądem, bo w końcu po trzydniowej imprezie na polach Woodstock pozostał wielki śmietnik, który trzeba posprzątać.

Nie ulega więc do końca sile legendy i pokusie pójścia tropem generacyjnego mitu. O hippisowskiej ideologii mówi oszczędnie, koncentryuje sę raczej na folklorze, a przy okazji w ramach stylistycznego ćwiczenia podrabia naiwną stylistykę koncertowych filmów z epoki. Zaglądając za kulisy festiwalu bawi się w najlepsze nawiązaniązaniami do słynnego „Woodstock” Michaela Wadleigha. To cytuje, to parafrazuje konkretne fragmenty, to zapożycza niektóre chwyty, choćby dzielenie ekranu.

Oparł się Lee na autobiograficznej powieści Tibera i postawił na wierność jej lekkiej, nieco ironicznej, wspominkowej tonacji. Dobrze to i źle. Dobrze, bo dzięki temu reżyserowi udaje się nie przecholować z sentymentalną nostalgią. Źle, bo komizm „Zdobyć Woodstock” jest jednak mocno nierówny. Obok scen błyskotliwie inteligentnych, dyskretnie zabawnych, zdarzają się tu niestety dość w sumie tanie trybuty dla nastoletniej publiki objawiające się żartami dość mało wyszukanymi i na nieszczęście stereotypowymi.

Udało się Angowi Lee opowiedzieć swoją historię bezpretensjonalnie i inteligentnie, co nie zmienia jednak faktu, że to jednak błahostka. Urocza, ale błahostka. Obciążona dodatkowo krzepiącymi przesłaniami i rozgrywająca oklepane schematy. Pomysłowo, ale bez wielkich odkryć.