"Opowieść wigilijna"
reż. Robert Zemeckis
dystrybucja Forum Film
w kinach od 20 listopada



Biorąc się za Dickensowską "Opowieść wigilijną" Robert Zemeckis ryzykował wiele. Tę historię zna przecież każdy. Nawet ci, którzy jej nie czytali, musieli oglądać którąś z niezliczonych adaptacji, które od lat są obowiązkowym punktem programu telewizyjnego w okolicach Bożego Narodzenia. A jednak udało się Zemeckisowi zachować dickensowskiego ducha, dochować wierności literze opowiadania, a zarazem przełożyć je na język współczesnego kina.



Baśń, która jest horrorem

Zemeckis z jednej strony poszedł pod prąd tradycyjnemu roztapianiu "Opowieści wigilijnej" w bożonarodzeniowej, familijnej ckliwości, z drugiej zaś postawił na maksymalne zbliżenie do jego emocjonalnej czystości i przejrzystości.

Wszystko jest jak u Dickensa. Scrooge jest archetypem zgorzkniałego, cynicznego sknery, a nadchodzące święta zamiast przynosić radość, oznaczają dla niego wyłącznie nieuzasadnioną przerwę w funkcjonowaniu lichwiarskiego biznesu. I zaczynają go nawiedzać zjawy. Najpierw duch jego zmarłego wspólnika Marleya, któremu poskąpił nawet dwóch pensowych monet wkładanych do trumny, a potem duchy przeszłych, teraźniejszych i przyszłych świąt Bożego Narodzenia.

Tyle że cała historia bardziej zanurzona jest w tradycji angielskiej opowieści grozy niż w tradycyjnej obrazowej formie poczciwej wigilijnej powiastki z morałem. Na ekranie rozgrywa się coś w stylu fantastycznie kolorowego horroru. Owszem, dość ostrożnego, nieprzekraczającego progu dziecięcej wrażliwości, ale zarazem jednak wyraźnie łamiącego baśniową stereotypowość.



Czar trójwymiarowego świata

Zemeckis prowadzi narrację klasycznie, drogą prostą i gładką, pieczołowicie zbierając po drodze Dickensowskie przesłania o wyższości ducha nad materią, człowieczeństwa nad pustą egzystencją, miłości nad bezdusznością. Nie ma co ukrywać, Zemeckis mógł nadać swojej wizji wizualny przepych tylko i wyłącznie dzięki technice. Jego kino od lat nie może się obejść bez efektów specjalnych, a ostatnio Zemeckis stał się specjalistą od trójwymiarowych animacji z prawdziwymi aktorami realizowanych przy pomocy technologii performance capture.

"Niebywały postęp technologii wyzwolił mnie jako filmowca i dodatkowo pobudził moją wyobraźnię. Technologia musi jednak służyć opowiadanej historii, nigdy nie powinno być odwrotnie" - mówi Zemeckis. I po raz pierwszy tę deklarację rzeczywiście wypełnia.

W poprzednich filmach zrobionych tą techniką - "Ekspresie polarnym" i "Beowulfie", scenariusz podporządkowany był wymogom trójwymiarowego widowiska. W "Opowieści wigilijnej" jest inaczej. Od pierwszej sceny, gdy z XIX-wiecznej londyńskiej ulicy zaglądamy przez szybę do wnętrza biura Scrooge’a, ma się wrażenie obcowania z autentyczną filmową magią, a nie tylko jej mglistą obietnicą.




Demonstracja perfekcji

Ma film Zemeckisa świeżość i energię, znamiona dawnej fantazji. Jest podróżą do realnego Londynu sprzed 150 lat, a zarazem spektaklem kolorowych wizji i fantastycznych scenerii. Jest w nim aura delikatnej grozy, ale i staroświecki moralitet ocalający moc autentycznego wzruszania horrorowym nawróceniem cynicznego lichwiarza, a przy tym technicznie rozpasana plastyczna warstwa filmu w sposób absolutnie alchemiczny współbrzmi z trącącymi myszką obrazami przypominającymi ryciny ilustrujące pierwsze wydania "Opowieści wigilijnej".

Owszem, Zemeckis momentami przeciąga struny, komponuje kadry tak, by wyglądały jak najatrakcyjniej przez trójwymiarowe okulary, ale przeważnie udaje mu się znaleźć dla udziwnionych perspektyw kamery jakieś sensowne uzasadnienia. Mniej jest też popisów służących wyłącznie demonstracji technicznej perfekcji: scena ucieczki Scrooge’a przed złowrogą karetą zaprzężoną w demoniczne, czerwonookie konie, zmniejszanie i powiększanie bohatera, podniebne loty, przyprawiające o zawrót głowy jazdy pokazujące świat z niedostępnych tradycyjnej kamerze punktów widzenia, zaskakujących nieskrępowaną fizycznymi ograniczeniami dynamiką. Wszystko to Zemeckis odrobinę przeciąga i celebruje, ale jednak utrzymuje w ryzach, podporządkowuje logice narracji.

p




Między aktorstwem a animacją

Balansowanie na krawędzi między realizmem a komputerową iluzją dało tym razem efekt o tyle, że nie do końca mamy pewność, czy oglądamy film jeszcze aktorski, czy już animowany. Może kiedyś tę granicę uda się zatrzeć ostatecznie. Na razie jednak komputerowe kopie aktorów wciąż wyglądają trochę jak figury woskowe z muzeum Madame Tussaud.

Na szczęście genialny pomysł nadania bohaterom nieco karykaturalnych rysów niemal całkowicie ten defekt usuwa. Jim Carrey w swoich siedmiu wcieleniach gra tu życiowe role, świetny jest również Gary Oldman w trzech kreacjach (m.in. jako duch Marleya), znakomity Bob Hoskins. Polski dubbing też zły nie jest, choć obok genialnie zrośniętego z tytułową postacią Piotra Fronczewskiego czy świetnego Jana Peszka mamy głosy zupełnie nijakie, a czasem wręcz kompletnie chybione jak partia Anny Dereszowskiej.

Mam mimo wszystko wrażenie, że siłami żywych aktorów, a nie ich cyfrowych kopii, dałoby się osiągnąć jeszcze więcej, głębiej sięgnąć pod powierzchnię techniki. Ale coś za coś. I tak mamy do czynienia z dziełem w pewnym sensie przełomowym. Pierwszym, któremu udało się zaprząc pionierską technologię do czegoś więcej niż demonstracja jej własnych możliwości. Udało się zrobić "Opowieść wigilijną" zanurzoną w XIX wieku, osadzić ją w ramach uniwersalnych pojęć i wartości, a zarazem opowiedzieć przy pomocy gramatyki kina na miarę wieku XXI. A to już naprawdę duża rzecz.