"Białe szaleństwo" (aka "Nord")
Reklama
Norwegia 2009; Reżyseria: Rune Denstad Langlo; Obsada: Lars Olsen, Anders Baasmo Christiansen, Marte Aunemo; Czas: 78 min; Dystrybucja: Gutek Film; Premiera: 6 listopada; Ocena 4/6



Norweska północ. Zasypana śniegiem stacja narciarska i potężnie zbudowany młodzieniec imieniem Jomar, który sprzedaje bilety na wyciąg. A właściwie powinien sprzedawać, tymczasem woli leżeć i brak mu motywacji, by wstawać. Leżał, gdy zostawiła go żona i odeszła z najlepszym kumplem. Leżał w szpitalu psychiatrycznym i chciałby tam wrócić, ale nie chcą go przyjąć. Leży więc dalej w domu. Wstaje dopiero, gdy odwiedza go były już najlepszy kumpel. Rozstał się już z żoną Jomara i oznajmia, że gdy go zostawiła, była w ciąży. Jomar ma więc syna, o którym nic nie wiedział. Biernie patrzy na pożar swego domu, po czym wsiada na śnieżny skuter i rusza na północ.

I tak się zaczyna ten ostentacyjnie nieefektowny, programowo ascetyczny film drogi przypominający bezruch i nudę wczesnego Jarmuscha. Jomar zmierza na północ, odbywa podróż wgłąb siebie, a po drodze, jak dyktują prawidła gatunku, spotyka takich jak on sam zagubionych ekscentryków. Wprowadza nieco ożywienia w monotonne życie nastoletniej dziewczynki mieszkającej z babcią na zupełnym odludziu. Zwichrowany chłopak z awersją do gejów uczy go (polskiej rzekomo) sztuki upijania się za pomocą tamponów. Mieszkający w namiocie na lodzie staruszek upija go w konwecjonalny sposób, a potem obdarowuje kartą zniżkową na zakupy. Są ci bohaterowie i dziwaczni, i sympatyczni. Ciepią na samotność, wyobcowanie, nieprzystosowanie. Zaś Jomar pogrążony w apatii, zagubiony, powalony niemocą wzięcia odpowiedzialności za cokolwiek, zdobywa się wreszcie na jakieś działanie.

Cały film opowiada Rune Denstad Langlo oszczędnie wydobywając dramaturgię z mikrozdarzeń, drobnych obserwacji, gestów, urywków zdań oraz panoram surowego, tonącego w bieli, pustego pejzażu. Wzmacniają te ujęcia aurę absolutnej anomii świata, w którym jednostki krążą niczym atomy po własnych orbitach zderzając się przypadkowo i odbjając od siebie. To wszystko już było, nic nowego właściwie Langlo nie odkrywa, a jego film broni się tonacją uciekającą od śmiertelnej powagi analizowania stanów psychicznych. Urok „Białego szaleństwa" polega na swoistej dezynwolturze, na utrzymywaniu delikatnej równowagi między opowiadaniem poważnej historii a rozjaśniajacym mroki humorem, momentami absurdalnym. Choćby w scenie, gdy na śnieżnej pustyni jak z pod ziemii pojawiają się czołgi. Langlo zamyka swą opowieść w ramach ascetycznych kadrów, rozgrywa ją w zwięzłej formalnie konstrukcji. Bywa przejmująco, bywa dowcipnie, a z rozsypanych okruchów udało się zlepić jakąś sugestywną prawdę. A przy tym zachować spójność historii, doprowadzić ją do otwartego, znacząco niedopowiedzianego finału bez kompromisów, popadania w tanie pocieszenia i serwowania łatwych banałów.

p