"Zabójcze ciało" (aka "Jennifer's Body") USA 2009; reżyseria: Karyn Kusama; obsada: Megan Fox, Amanada Seyfield; dystrybucja: Imperial-Cinepix; czas: 102 min; Premiera: 30 listopada; Ocena 2/6
Reklama

Magdalena Michalska, krytyk filmowy "Dziennika Gazety Prawnej", o filmie:

Przyznam, że trochę sobie obiecywałam po filmie „Zabójcze ciało”. Od czasu „Juno” pałam pewnym afektem do jego scenarzystki – Diablo Cody, a gdy zobaczyłam, że rzecz traktuje o czirliderce z piekła rodem, która żywi się młodymi chłopcami, nabrałam apetytu na odjechaną jazdę bez trzymanki, którą w rękach dowcipnej Cody mogła się stać taka fabuła. Niestety, podobnie jak miłośnicy zabójczego ciała Megan Fox (w głównej roli) zostaną po seansie z niczym niezaspokojonym ślinotokiem – bo choć aktorka pręży się, nie nosi biustonosza i paraduje w niewinnych nastolatkowych figach, to swoich wdzięków nie odsłania, tak ja dostałam tylko ugrzecznioną namiastkę wampirycznego college movie.

Zaczyna się jak klasyczna produkcja o nastolatkach: szkolna piękność i żyjąca w jej cieniu „ta brzydsza” – kumpelka z dzieciństwa, bardziej rozsądna, ale zdolna do największych głupot, aby przypodobać się przyjaciółce. Są tu wszystkie elementy gatunku: pierwszy seks, młodzieżowe snucie się bez celu, bal maturalny... Z tą różnicą, że ślicznotka jest ludojadem, a z najlepszą kumpelą łączy ją tajemna więź psychiczna, dzięki której ta widzi zbrodnie Jennifer. Całą historię poznajemy w retrospekcjach, które zresztą natychmiast niwelują całe napięcie i zdradzają finał.

Przed premierą scenarzystka mówiła, że po tym, jak jej debiut został nagrodzony Oscarem, ma pewność, że wszystko jej wolno, a każdy złożony przez nią scenariusz zostanie zaakceptowany przez wytwórnię. Przekornie postanowiła więc napisać coś pozornie banalnego. „Chciałam zrobić film cyniczny, który opowiada o złu - mówiła Cody. - Kiedy zaczęłam pisać scenariusz zastanawiałam się: co mnie przeraża i szybko znalazłam odpowiedź: dziewczyny mnie przerażają! Napisałam pierwsze zdanie: Piekło jest nastolatką”. Trochę w tych anarchistycznych deklaracjach wietrzę jednak pozę, bo Cody, która po „Juno” stała się idolką amerykańskich małolatów, wpisała się w koniunkturę filmów o nadwrażliwych emocjonalnie nastoletnich wampirów. Do tematu podeszła przewrotnie, próbując (bez sukcesu) przedstawić dorastanie jako horror. Tyle, że nie nie w sensie metaforycznym, ale jak najbardziej dosłownym - nawiązującym do slasherów z lat 70.

Zamieszała, kombinowała, ale niewiele miała do powiedzenia. Na poziomie filmu o nastolatkach nie wyszła poza schemat. Kilka dowcipów, w zamierzeniu z pazurem, wyszło dość tępo (nieumiejętne zakładanie prezerwatywy przez małoletnią parkę czy krzyki przerażonego dziewczęcia, które jej chłopak bierze za jęki rozkoszy). Nie udał się też ten film jako horror. Wprawdzie orientujemy się kiedy mamy się bać, bo producenci zadbali o odpowiedni podkład muzyczny i sceny kojarzące się z klasykami horroru (głównie z „Egzorcystą”), ale nic ponad to.

Podstawowy koncept, że szkolna piękność więdnie bez porcji świeżych bebechów i kropelki chłopięcej krwi, nuży po pierwszym polowaniu. Konstatacja, że dziewczęta są bardziej śmiałe i wyzwolone zalatuje przedpotopowym feminizmem pierwszej generacji. A fascynacja scenarzystki niedojrzałością staje się z czasem coraz bardziej męcząca i mało interesująca. Miała być mroczna impreza dwóch rock'n'rollowych lasek (za jakie chcą uchodzić Fox i Cody), a wyszło... jak zwykle w Fabryce Koszmarów.