"Wilk z Wall Street": Kasa to największy narkotyk [RECENZJA]

Malwina Wapińska | 2014-01-03 08:00 | Aktualizacja: 23:44
Leonardo DiCaprio jako "Wilk z Wall Street"

Leonardo DiCaprio jako "Wilk z Wall Street" / Materiały prasowe)

71-letni Martin Scorsese w "Wilku z Wall Street" nie próbuje opowiadać nam historii z morałem. Puszcza wodze fantazji, trafiając w samo sedno.




Ledwo parę miesięcy temu widzieliśmy Leonardo DiCaprio w pełnej błyskotek, głośnej muzyki i wizualnego przepychu adaptacji "Wielkiego Gatsby'ego" w reżyserii Baza Luhrmanna. Zdawałoby się, że tej orgii kiczu i nadmiaru nie przebije nic. Kto by pomyślał, że rękawicę Luhrmannowi rzuci Martin Scorsese, który mimo 71 lat na karku nie traci werwy? Jordan Belfort, tytułowy "Wilk z Wall Street", okazuje się prostszą i zwulgaryzowaną wersją Gatsby'ego. Staromodną elegancję i pretensje do wyższych sfer dawno odstawił do lamusa. Chce więcej, szybciej, łatwiej. Ale podobieństw biografii Belforta ze słynną powieścią Francisa Scotta Fitzgeralda jest sporo. To również opowieść o złotej erze giełdy, kiedy wielkie pieniądze robiło się z dnia na dzień i równie szybko traciło fortuny. Tyle że w czasach kryzysu Scorsese wcale nie próbuje opowiadać nam historii z morałem ani pouczać, że pazerność i brak umiaru muszą doprowadzić do klęski. Z bogactwa i blichtru najzwyczajniej sobie kpi.

Kim był Jordan Belfort? Jak to zwykle bywa, prostym amerykańskim chłopakiem, który miał apetyt na trochę więcej kasy. Kiedyś podobno chciał być dentystą, potem założył własny biznes, a kiedy zbankrutował, ostatni grosz zainwestował w bilet autobusowy na Wall Street. Tam bez zbędnych ceregieli dowiedział się, że praca maklera nie wymaga wielkiego geniuszu, trzeba tylko pamiętać o martini na lunch, solidnej działce kokainy w pogotowiu i, cóż… regularnej masturbacji (ów nieskomplikowany kodeks rekina finansjery w filmie wykłada bohaterowi niezawodny Matthew McConaughey).

Trudno powiedzieć, by Belfort był wielkim szczęściarzem. W dniu, w którym zdał egzamin maklerski, na giełdzie nastąpił krach, a zatrudniająca chłopaka firma przepadła z kretesem. Ale ambitny młodzik nigdy się nie zrażał. Pamiętał o cennych lekcjach, jakich udzielili mu starsi koledzy, a gdy wyrzucano go drzwiami, miał w zwyczaju szukać wejścia oknem. Wylądowawszy w podrzędnym biurze maklerskim, specjalizującym się w umowach groszowych, wkrótce zwęszył, jak łatwo się na nich wzbogacić. Nie miał najmniejszych skrupułów. Po prostu umiał gładko wciskać ludziom kit. Klienci zarabiali w teorii, a dolary o coraz większych nominałach wędrowały do kieszeni Belforta. "Forbes" mógł sobie pisać, że jest oszustem i krętaczem, ale do drzwi jego biura dobijały się tłumy młodych, ambitnych, liczących na szybką i łatwą kasę. Ta zaś, dosłownie, walała się po podłogach. Nie brakło ani pieniędzy, ani koki, ani luksusowych prostytutek. Siedziba firmy Belforta stawała się miejscem rozpusty tak niewybrednej, że Ibiza w sezonie letnim to przy niej przyklasztorna szkółka.

Chwilami trudno uwierzyć, że swój najnowszy film Scorsese oparł na faktach. Wszystko to wydaje się przejaskrawioną i zupełnie nierealną bajką. Twórca "Chłopców z ferajny" stawia po prostu na makabryczną komedię. Gdy widz chce wołać o umiar, reżyser śmieje się w głos. "Wilk z Wall Street" w pewnym momencie staje się montażem obezwładniających obrazów, ciągiem narkotycznych wizji, euforycznych scen niekończących się orgii, szatańskim festiwalem rozpasania. Nie dowiemy się z filmu, kim naprawdę jest Belfort, jakie było jego życie przed Wall Street, co uczyniło go takim, jaki jest.

Scorsese nie chce widzieć innego Jordana niż ten, który pokazuje się światu. To gładki krasomówca, który sprzedaje każdemu marzenie o bogactwie. Ćpun, który ze swojego ćpuństwa nie robi sobie nic. Uroczy chłoptaś, który agentom FBI rzuca na odchodne plik studolarówek. Tak samo zachowuje się Martin Scorsese: rzuca nam w fantazyjnym geście garść zapierających dech obrazów. Nie chce zmierzać donikąd, po prostu się bawi. To dlatego im bliżej końca, tym bardziej chce ten koniec odwlec. Zatrzymuje naszą uwagę groteskowymi scenami narkotykowych ekscesów, sztormów na morzu, komicznych dialogów bohaterów z cwanym, szwajcarskim bankierem (w tej roli świetny Jean Dujardin). Jordan Belfort u Scorsesego to człowiek wydmuszka, ot, przezabawna maszynka do zarabiania pieniędzy. Jaka dla nas stąd nauka? Jeśli nie możemy zdobyć bogactwa, przynajmniej się z niego śmiejmy.

WILK Z WALL STREET | USA 2013| reżyseria: Martin Scorsese | dystrybucja: Monolith | czas: 179 min






zdjęcie autora

Autorem tekstu jest

Malwina Wapińska

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna
Wypowiedzi: 6
  • ~Ebabka2014-02-13 17:42

    Wygląda ten film na dekadenckie obrzydlistwo na granicy pornografii, fuj!

  • ~emeryt katolik2014-01-07 06:38

    tylko pis to powstrzyma. zrobimy porządek z biznesmenami

  • ~markiza2014-01-06 20:55

    MARTIN JEST DOBRYnakrecił „Ostatnie kuszenie Chrystusa” znalazło się w pierwszej dziesiątce „Najbardziej antykatolickich filmów wszech czasów” W uzasadnieniu podano, że film ten obraża wszystko co święte w religii chrześcijańskiej: od postaci Jezusa ukazanego jako schizofrenika i odmawiającego złożenia ofiary na krzyżu, po Piotra, który w porównaniu z heroicznym Judaszem wydaje się zwyczajnym tchórzem. Film ten znalazł się również w rankingu 25 najbardziej kontrowersyjnych i szokujących obrazów wszech czasów, opublikowanym przez amerykańskie pismo branży filmowej

  • ~kinoman2014-01-04 10:28

    po tych recenzjach wiem ze to goowniany wyrob scorsezeb czy jak mu tam dale\j nie wuem czy to filnm czy teatr
    geatuluje dziennikowi takich ecezji

  • ~dziadek Franek2014-01-03 16:24

    „WYCISKANIE” POLSKI cz.I Problemem jest nazewnictwo instytucji finansowych. Część i to spora część banków to w czystej postaci „kasyna”, w których krupierzy nazywani jeszcze bankowcami obstawiaję pule pieniędzmi klientów (depozytariuszy) banku.
    - Wygląda to w praktyce tak, jakby szefowie firm produkcyjnych zajęli się nagle grą hazardową zamiast produkować (dając pracę) towary. Tylko patrzeć jak zamiast Szefa Produkcji spotkamy w firmie Szefa Krupierów. Oczywiście tak nie może funkcjonować żadna gospodarka ale póki zyski z „hazardu” nazywanego eufemistycznie bankowością są większe niż z produkcji, no to hulaj dusza...
    - By ten niszczący model gospodarczy ukrócić potrzebne są podatki od każdej bankowej transakcji spekulacyjnej. W innym przypadku zostaniemy z bankami i milionami ludzi głodnych. To nie firmy są dla banków ale banki dla firm. Należy przywrócić naturalną kolej rzeczy. Ale kto ma to zrobić? Akurat rzadzące partie? Kontrolowana część opozycji? Zajęte sobą sądy? Usłużne media?
    - Dziś wojny toczy się pieniędzmi, nie armatami. Zresztą już Napoleon ten problem zaważył.
    - Po co wojować z państwem i narodem gdy można kupić jego Rząd i Prezydenta? A gdyby okazali się nieprzekupni (teoria), to co za problem stworzyć partię polityczną z lokalnymi politykierami i pieniędzmi doprowadzić do jej zwycięstwa. Załóżmy, że kosztuje to „inwestorów” 1 mld, a zaraz po zwycięstwie obstawionej „partii” można zarobić 20 mld rocznie. Wojciech Edward Leszczyński

  • ~zosia2014-01-03 16:21

    Małe złodziejaszki wieszacie, wielkim nisko się kłaniacie. (M.Rej)


Uwaga, Twój komentarz może pojawić się z opóźnieniem do 10 minut.
Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!
Prognoza pogody i program TV