Czechosłowacja końca lat 70., pogrążona w leniwej inercji okresu normalizacji. Ludzie pogodzili się z tym, że nic szczególnie interesującego im się już nie przydarzy, stawiają więc na spokojny konformizm. Na wiejskich przedmieściach Bratysławy, tuż przy austriackiej granicy zagrodzonej wysoką siatką z drutem kolczastym, mieszka niepozorny, dwudziestoparoletni Martin. Ma żonę w ciąży, gnieździ się w suterenie domu teściów, pracuje przy pompach w stacji wodociągowej. Niby wszystko to wygląda zwyczajnie, ale Martin ma pasję, która go wyróżnia z tłumu: amatorsko grywa na saksofonie. Kiedy na weselu krewnego żony postanawia w ramach sztubackiego wygłupu pierwszy raz zagrać dla publiczności, zauważa go muzyk z zespołu przygrywającego na balu, niejaki Hruškovič (świetny Jan Budař, znany choćby z "Nudy w Brnie") i proponuje chłopakowi założenie objazdowej kapeli. Martin się zgadza – ta decyzja wywróci do góry nogami życie jego i jego bliskich.

"Muzyka" to nie jest szczególnie oryginalne kino, ale ma w sobie sporo uroku. W sposobie opowiadania film Juraja Nvoty zbliża się do stylu czeskiej szkoły – mowa tu o prowincjonalnych troskach i radościach bohaterów do bólu przeciętnych. Nikt nie zostaje potępiony ani zbawiony, smutkowi towarzyszy cierpki humor, a całej historii patronuje prosta teza, że nawet w nieciekawych, a nawet dość parszywych czasach ludziom przydarzają się spektakularne wzloty i upadki, skrojone wszakże na miarę ich niewygórowanych ambicji.


Nvota umieszcza akcję filmu w kompletnym bezczasie, uciekając od patosu wielkich, przełomowych dat wyznaczających rytm środkowoeuropejskich dziejów i zastępując go groteską: żeby otrzymać licencję na występy estradowe, muzycy muszą przed specjalną komisją zagrać kretyński kawałek o Leninie. By wyszarpać w państwowej agencji artystycznej zgodę na wyjazd do Szwajcarii, wystawiają coś w rodzaju absurdalnej rock-opery o rewolucji. Na koniec i tak okazuje się, że sprawę załatwia solidna łapówka. I to w zasadzie już wszystko o polityce – wyjąwszy, rzecz jasna, dojmującą tęsknotę za innym, lepszym życiem, które nikomu nie będzie tu dane.

Paradoksalnie "Muzyka" skojarzyła mi się z dwoma filmami, które czeskie nie są, ale operują podobnym schematem inicjacyjnym (przez muzykę ku dorosłości). Pierwszy z nich to "Yesterday" (1984) Radosława Piwowarskiego, rzecz o fascynacji The Beatles, jeden z niewielu udanych polskich obrazów o życiu młodych ludzi w PRL-u. Drugi to debiut Emira Kusturicy "Czy pamiętasz Dolly Bell?" (1981), przepiękna historia o rock and rollu i szczeniackich marzeniach, które nie mogą się spełnić. To nas prowadzi do puenty: Kusturica studiował na praskiej FAMU, więc jego debiutancki film w pewnym sensie także zawdzięcza wiele czeskiemu kinu. A jeśli chodzi o Czechów, to nikt tak pięknie nie pisał o saksofonach, jazzie i rozmarzonym gówniarstwie jak Josef Škvorecký.

MUZYKA| Słowacja/Niemcy 2007 | reżyseria: Juraj Nvota | obsada: Lubo Kostelný, Dorota Nvotová, Tatiana Pauhofová, Jan Budař | dystrybucja: Vivarto | czas: 108 min