Obejrzałaś już film w całości. Zaskoczył cię?
Emma Watson: Szczerze mówiąc, tak. Nie miałam najmniejszego pojęcia, jak będą wyglądać efekty specjalne. Darren jest zresztą znany ze swojego podejścia do montażu. To bardzo ciekawe, co robi z filmem, kiedy już zakończą się zdjęcia. Zabawne, bo trailer i gatunek od razu złudnie nakierunkowują oczekiwania widza. Myślisz sobie: "Ok, to opowieść biblijna z elementami akcji". Sama nie wiem, jak go opisać, poza tym, że to film, jakiego dotąd nie widzieliście. Jest naprawdę oryginalny, artystyczny, inny, chwilami mroczny, ale przede wszystkim zrobiony na wielką skalę. W jakimś sensie nie ma precedensu.

Jaka jest twoja postać?
Rodzina Noego znajduje Ilę, przedzierając się przez opuszczony obóz uchodźców. Ila jest ofiarą wojny. Doznała bardzo głębokich ran. Jej rodzinę wymordowano, a Noe decyduje się ją ocalić. Gdyby ją pozostawili, wykrwawiłaby się na śmierć. Jest jak dziecko, a on stawia na szali własne życie, by ją uratować. Ila staje się jego adoptowaną córką. To naprawdę piękna historia. Między Noem a Ilą nawiązuje się bardzo intymna relacja, obojgu naprawdę zależy na sobie nawzajem.

Powiedz, jak pracowało ci się z Russelem Crowe'em?
Russel nie jest gotowy wypowiedzieć żadnej kwestii, o ile w pełni jej nie rozumie i nie wierzy w nią. Jeśli coś wydaje mu się pozbawione sensu, nie potrafi brać tego na żywioł. Pamiętam, jak wyglądały próby. Analizowaliśmy każde słowo w scenariuszu. Dla Russela wszystko musiało ułożyć się w sensowną całość. Jest pod tym względem wyjątkowo drobiazgowy. Naprawdę mu zależy. Ile lat już wykonuje ten zawód. A z drugiej strony jest w nim coś bardzo ujmującego. Pierwsze spotkanie z nim onieśmieliło mnie, ale był wobec mnie bardzo troskliwy. Sam zaczynał bardzo młodo i dobrze wie, jak czuje się młody aktor na planie. Nie tylko ze mną tak postępował, ale ze wszystkimi dzieciakami występującymi w filmie. Wziął nas pod swoje skrzydła. To bardzo szlachetne.

Postać, którą grasz, nie jest postacią biblijną. Jak się do niej przygotowywałaś?
Studiowałam tekst biblijny, ale szczerze mówiąc, nie dało mi to wielkiego wglądu w moją postać. Darren chciał stworzyć coś naprawdę oryginalnego, nie zamierzał kreować czegoś, co przypominałoby inne opowieści z Biblii, nie było więc wielu punktów, do których mogłabym się odwołać. Ale Ila zdawała się bardzo spójna w moich wyobrażeniach. W mojej głowie nie rodziły się pytania o to, kim jest. Od razu wiedziałam, jaka jest moja postać. Pod wieloma względami Ila jest symbolem, metaforą. Istnieją ludzie, którzy widzą dobro w innych, i tacy, którzy nie potrafią go dostrzec. Ila zawsze widzi nadzieję i dobro w innych ludziach, w ludzkości. To ważny element tej historii. Toczą się dyskusje o to, czy ludzie są z natury źli, czy w ogólne potrafimy nie być chciwi i zachłanni. A może jesteśmy bardziej altruistami? Ila zajmuje ważne stanowisko w tym sporze.

Jak wspominasz zdjęcia na Islandii?
Było jak na innej planecie. Wszystko wydawało się surrealistyczne, ale myślę, że okoliczności pozwoliły nam się skupić, bo wokół nie było niczego, co mogło nas rozpraszać. Znaleźliśmy się na pustkowiu, z dala od cywilizacji i technologii. Całkowicie zanurzyliśmy się  w tej rzeczywistości. Russel zdecydował się zainstalować w swojej przyczepie, tak by móc pozostać na planie i żyć jak najbliżej islandzkiej przyrody. Tam było inaczej niż gdziekolwiek indziej, jak w innym świecie. Naprawdę pięknie. Darrena Islandia zainspirowała do wyboru barw i tonów, jakie dominują w filmie. Były tam zieleń i ceglana czerwień skał. Przywiózł ze sobą kamienie i zdjęcia i powiedział: "W tych kolorach mają być zaprojektowane kostiumy. To są odcienie, których poszukujemy".

A co z maszynami produkującymi fale i symulatorami deszczu?
Zainstalowano ogromny zbiornik po jednej stronie arki, uderzały więc w nas olbrzymie fale i padały tony deszczu. Niektóre elementy arki były ruchome. Rola Ili nie wymagała wielkiej sprawności fizycznej, ale wymagał jej cały film. Pracowaliśmy w zimnie i trudnych warunkach. W styczniu w Nowym Jorku jest lodowato, tak samo na Islandii. By dostać się do miejsca, w którym mieliśmy nakręcić scenę, czasem musieliśmy chodzić trzydzieści – czterdzieści minut. Zanim zaczynaliśmy pracę, przemierzaliśmy ogromne przestrzenie. To wiele mnie nauczyło.

Dla jakiej publiczności ten film jest przeznaczony?
Ten film wzbudzał kontrowersje, jeszcze zanim opublikowano trailery i dlatego bardzo trudno go skategoryzować. To nie jest po prostu opowieść biblijna, to nie jest po prostu film Darrena Aronofsky'ego. "Noe" nie jest  blockbusterem ani filmem akcji. Żadna z szufladek do niego nie pasuje. Ale to właśnie jest w nim najwspanialsze. Jest all-inclusive. Fani Aronofsky’ego nie będą nim zawiedzeni, podobnie jak różne grupy religijne, które kochają tę historię i ucieszą się, że ktoś ją nakręcił (biblijny film epicki nie powstał od pięćdziesięciu lat). Możemy pójść do kina i odkryć, że ta historia jest spójna z naszą wiarą. To dość niezwykłe, że podobny film nie powstał od tak dawna, biorąc pod uwagę, jak wielkie jest zapotrzebowanie publiczności. W końcu film będą chcieli zobaczyć fani Russela Crowe'a, Jennifer Connelly, Anthony'ego Hopkinsa i Raya Winstone'a. Ale liczę też na młodszą publiczność. Darren nikomu się nie podlizuje. Ci sami ludzie, których zafascynował "Avatar" Jamesa Camerona, mogą być zachwyceni "Noem".

Co sądzisz o opowiadaniu historii biblijnych na nowo?
Wychodząc z kina, będziesz mieć ochotę chwilę posiedzieć sobie w ciszy. Film naprawdę skłania do przemyśleń. Jest filozoficzny. Porusza istotne i prawdziwe tematy. Dlaczego teraz? Bo wszystko przychodzi falami. Z jakichś powodów to są historie, które ludzie dziś chcą opowiadać lub chcą ich słuchać. Myślę, że kiedy historycy filmu przyjrzą się naszym czasom, będą w stanie wyjaśnić, jakie były kulturowe przyczyny tego pragnienia opowiadania starych historii na nowo, dlaczego chcemy słuchać znów pierwszych opowieści, jakie usłyszeliśmy w dzieciństwie, powrócić do łona.

Które z filmów Darrena Aronofsky'ego zrobiły na tobie największe wrażenie?
"Źródło" to jeden z moich ulubionych. "Requiem dla snu" odkryłam jakieś pięć lat temu. Ten film był tak bardzo sugestywny, że fizycznie czułam się chora po jego obejrzeniu. Czułam nudności i podenerwowanie. To niezwykłe, stworzyć dzieło sztuki, które tak bardzo oddziałuje na widza. Zawsze myślę, że każdy nastolatek zastanawiający się nad eksperymentami z narkotykami powinien obejrzeć ten film.

Jaki jest Darren na planie? Reżyserując film na taką skalę, musi dawać z siebie bardzo wiele…
Nie wiem, co to dla niego oznacza. Z pewnością dźwiga spory ciężar. Darren nie goli się podczas kręcenia filmu. Można obserwować, jak fizycznie odbija się na nim cały proces: coraz mniej snu, coraz większa presja, mijające dni, zbyt wiele do zrobienia w zbyt krótkim czasie. Ale myślę, że jest pewny siebie. Wie, czego chce, a dzięki temu ułatwia życie aktorowi. Czasem pracujesz z reżyserem, który mówi: "Będę wiedział, kiedy to zobaczę. Po prostu daj z siebie tyle, ile potrafisz". Można się wtedy złościć. Darren jest bardzo dokładny. Powie: "Chcę, żeby to wyglądało tak, pod tym kątem". Pracując w ten sposób, dużo łatwiej uchwycić właściwy moment. Ta intensywność wprawia wszystko w ruch.  Dni zdjęciowe bywają monotonne i wleką się w nieskończoność, ale ludzie, z którymi decyduje się pracować Darren, są pełni pasji. Zależy im, to dla nich więcej niż tylko praca. Chcą zrobić coś, z czego zawsze będą dumni. Dlatego trzyma przy sobie wyjątkową ekipę ludzi, którzy są z nim blisko, wychowali się z nim. Są gotowi na krew, pot i łzy. To coś bardzo intensywnego.

Jak ponownie pracowało ci się z Loganem Lermanem, po tym jak spotkaliście się na planie "Charliego"?
Czułam, że mam wsparcie. W filmie zagraliśmy brata i siostrę. Mamy wspólną scenę, która jest bardzo emocjonalna. To miło, że nie musiałam grać tego, że mi na nim zależy. Tak naprawdę jest dla mnie ważny i nie wymaga to aktorskiej gry. To była jedna z pierwszych scen, jakie nakręciliśmy, i odczuwałam wielką ulgę, że nie była wymuszona. Czułam się w pełni komfortowo. Kręcenie filmu, a potem uczestniczenie w jego promocji bywa źródłem różnych onieśmielających i napiętych sytuacji, miło mieć kogoś, kto czuje podobnie, z kim można wymieniać doświadczenia i się wspierać.