– Nie robię filmu o Wałęsie w ogóle. Zrobiłem film o człowieku, który był powołany do odegrania szczególnej roli i ją odegrał. A dalej, Bóg z nim. Ani on nie czytał scenariusza, ani mi doradzał, które postaci czy sytuacje warto pokazywać, ani nawet nie był na planie – mówi Andrzej Wajda przed wenecką premierą "Wałęsy. Człowieka z nadziei".

Na zarzut, że czyni Lecha Wałęsę jedynym symbolem Solidarności, usuwając w cień ludzi, którzy ten ruch tworzyli reżyser odpowiada "Newsweekowi": – Nie usuwam ich w cień, tylko nie mogę w dwugodzinnym filmie zawrzeć dwudziestu lat. Ten film nie nazywa się "Solidarność", tylko "Wałęsa" i opowiada o tym, co między Grudniem'70 a odzyskaniem wolności robił człowiek – przy wszystkich swoich śmiesznościach i słabostkach.

– Mnie interesuje tylko to, że Wałęsa doprowadził Polskę do tego miejsca, w którym odzyskaliśmy wolność. "Co stanie się z Wałęsą?" – pyta go Oriana Fallaci już w 1981 roku. Od odparł, że może iść już tylko w dół. Bo wszystko, co się nie uda, "cały ten polski burdel, wszystko zwali się na mnie. Zapomną, co zrobiłem". O tak się przecież stało – mówi Wajda w rozmowie z "Newsweekiem".

"Wałęsa. Człowiek z nadziei" po raz pierwszy zaprezentowany zostanie publiczności 4 września na jubileuszowym, 70. festiwalu filmowym w Wenecji. Przed prapremierą Andrzej Wajda odbierze specjalną nagrodę za całokształt twórczości.

Film zamyka tryptyk Wajdy, w skład którego wchodzą również głośne obrazy "Człowiek z marmuru" i "Człowiek z żelaza". Uroczysta premiera, poprzedzona prapremierą w Gdańsku, ma odbyć się 23 września w Teatrze Wielkim w Warszawie. Do kin "Wałęsa. Człowiek z nadziei" trafi 4 października.