Powolne ruchy, odpadające kawałki gnijącego ciała i niepowstrzymany apetyt na ludzkie mięso. Niektórzy nazywają je "stworami", inni – "szwędaczami" albo "kąsaczami", jeszcze inni mówią o nich "ghule". Zombi stały się jedną z – przyznajemy, najbardziej odrażających – ikon współczesnej popkultury. Niezliczone filmy, komiksy i gry wideo, od niedawna za sprawą "The Walking Dead" także seriale telewizyjne. Aż trudno uwierzyć, że zombi pojawiły się w kulturowej świadomości świata zachodniego niespełna 90 lat temu. Od tego czasu nieustępliwie wyżerają sobie drogę do popularności. Jak na bezmyślne monstra, zrobiły niezłą karierę. Nawet jeśli początkowo niewiele na to wskazywało.

Mroczne początki
Rok 1929. William Seabrook, amerykański dziennikarz, awanturnik, poszukiwacz przygód oraz okazyjnie – jeśli wierzyć jego własnym wspomnieniom – kanibal, opublikował właśnie podróżniczą książkę "Magiczna wyspa", w której opisał m.in. bogactwo rytuałów i wierzeń haitańskich wyznawców wudu. Tu na scenę wkraczają zombi, czyli, ujmując rzecz skrótowo, zwłoki ożywione za sprawą nekromancji lub czarnej magii. Dziś wiadomo, że rzekoma reanimacja trupów to raczej kwestia działania narkotyków i hipnozy, ale nawet na sceptycznym Seabrooku piorunujące wrażenie zrobił pokaz pracy wykonywanej przez mechanicznie poruszających się, milczących ludzi, patrzących przed siebie pustym wzrokiem.

Relacja Seabrooka zaciekawiła Amerykanów. Trafiła na podatny grunt – na przełomie lat 20. i 30. mocnych wrażeń poszukiwała nawet publiczność nowojorskich teatrów. Pokazywana na Broadwayu inscenizacja "Draculi" (podobnie jak w późniejszym filmie tytułową rolę grał Béla Lugosi) zarobiła wówczas 2 mln dolarów, producent spektaklu Horace Liveright postawił więc na kolejną opowieść z dreszczykiem. "Magiczna wyspa" nadawała się idealnie. Ale to, co sprawdziło się w bestsellerowej książce, nie udało się na scenie. Spektakl "Zombie" miał być hitem. Okazał się spektakularną klęską i zszedł z afisza po zaledwie 20 przedstawieniach. Ale zombi nie dały o sobie łatwo zapomnieć. Odnalazły sprzymierzeńców w Hollywood.

Krew płynie z ekranu
Ożywione przez władających czarną magią kapłanów wudu trupy zaczęły wdzierać się na ekrany kin. Można odnieść wrażenie, że w co drugim filmie grali najsłynniejsi aktorzy horrorowi tamtych lat: Béla Lugosi lub Boris Karloff. Od "White Zombie" (1932, Lugosi), poprzez "The Walking Dead" (1936, Karloff, reżyserował Michael Curtiz, późniejszy twórca "Casablanki"), "Voodoo Man" (1944, Karloff), "Voodoo Island" (1957, Lugosi), po niesławny "Plan 9 z kosmosu" (1958, za kamerą Ed Wood, przed kamerą – po raz ostatni w życiu – Lugosi). Jak zauważa Jamie Russell, autor świetnej monografii "Book of the Dead", bodaj żaden ekranowy potwór nie pojawił się w tylu złych produkcjach, co zombi. A to przecież dopiero początki filmowej kariery żywych trupów.

Trzeba jednak oddać sprawiedliwość twórcom horrorów: kilka zombi filmów z tamtego czasu jest słusznie uważanych za klasyki gatunku. "I Walked with a Zombie" (1943), "Inwazja porywaczy ciał" (1956) czy wyprodukowana przez legendarną brytyjską wytwórnię Hammer Films "The Plague of the Zombies" (1966) do dziś robią wrażenie. Ale prawdziwą rewolucję przyniósł dopiero rok 1968. Wtedy to filmem "Noc żywych trupów" debiutował 28-letni reżyser George A. Romero, a zombi zyskały nowe – jeszcze bardziej przerażające – oblicza.

Tajemnicze kosmiczne promieniowanie ożywia zmarłych, zmieniając ich w zabójcze, żądne krwi istoty. Zombi (początkowo Romero i współscenarzysta filmu John Russo wcale nie używali tego określenia) stały się uosobieniem niepowstrzymanej, niszczycielskiej siły natury. Walka z nimi nie oznacza wyzwania rzuconego złowieszczemu czarownikowi – to desperacka próba przetrwania w świecie, w którym dla ludzi nie ma już przyszłości. "Noc żywych trupów" zdefiniowała na nowo horror o zombi – od czasu debiutu Romero możemy śmiało oczekiwać od tego gatunku więcej niż szokujących scen i ociekających krwią kadrów. Każdy dobry horror o żywych trupach to nie tylko solidna dawka grozy (bardzo często podszytej bardzo, bardzo czarnym humorem). To także krytyczne spojrzenie na społeczeństwo, które w obliczu prawdziwego zagrożenia rozsypuje się niczym domek z kart. A ci, którzy są w stanie przetrwać w świecie opanowanym przez zombi, są często znacznie gorsi niż same potwory. Jeśli oglądacie serial "The Walking Dead", to z pewnością poznaliście już Gubernatora i wiecie, o czym mowa.

"Noc żywych trupów" to klasyk nad klasykami. Z niej wzięły się niemal wszystkie współczesne opowieści o zombi. Sam Romero nakręcił pięć kolejnych części, w latach 70. kina swoimi wersjami zombi horrorów zasypali Włosi i Hiszpanie, a żywe trupy nigdy na dobre nie zniknęły z ekranów. Oczywiście wiele filmów na zawsze powinno przepaść w otchłani niepamięci, ale gatunek doczekał się prawdziwych klasyków. "Siedem bram piekieł" (1981) Lucio Fulciego, "Wąż i tęcza" (1987) Wesa Cravena, "Martwica mózgu" (1992) Petera Jacksona czy "28 dni później" (2002) Danny'ego Boyle'a to zaledwie parę tytułów, które warto znać. No i nie zapominajmy o genialnym, wyreżyserowanym przez Johna Landisa teledysku do "Thrillera" Michaela Jacksona – w 1983 roku zombi (co prawda tańczących, ale zawsze) zobaczyły dziesiątki milionów widzów.

"Thriller" to niejedyny dowód na to, że filmy o zombi potrafią być zabawne. Po sukcesie "Nocy żywych trupów" współscenarzysta John Russo napisał książkę stanowiącą bezpośrednią kontynuację filmu. Swój "Powrót żywych trupów" chciał wepchnąć na ekran jak najszybciej, ale reżyser Dan O'Bannon całkowicie przerobił napisaną przez niego historię, aby nie małpować Romero. I tak narodził się slapstickowo-horrorowy klasyk, w którym humor przeplata się z makabrą. To właśnie w "Powrocie żywych trupów" powstałe z grobów truchła miały apetyt na ludzkie mózgi. Motyw ten na stałe zadomowił się w kulturze popularnej. Film doczekał się czterech sequeli, z których warto obejrzeć część drugą i, od biedy, trzecią. Resztę omijać! Jeśli jednak potrzebujecie większej dawki grozy wymieszanej z humorem, koniecznie sięgnijcie po "Wysyp żywych trupów" Edgara Wrighta, w którym z inwazją zombi walczą Simon Pegg i Nick Frost.

Tymczasem na innych frontach
Gdybyście mieli przeczytać w życiu tylko jeden komiks o zombi, nie wahajcie się. To muszą być "Żywe trupy", doskonała seria stworzona przez Roberta Kirkmana. Skalę apokalipsy oglądamy oczami Ricka Grimesa, policjanta, który postrzelony w czasie pościgu za bandytą spędził kilka tygodni w śpiączce. Gdy się z niej wybudził, świat, jaki pamiętał, już nie istniał. Rick cudem uchodzi z życiem z opanowanego przez zombi szpitala i wyrusza na poszukiwanie swojej rodziny. Z biegiem akcji Rick zmienił się w amerykański odpowiednik Hioba. Jeśli wydaje się wam, że George R.R. Martin jest bezlitosny dla bohaterów swojej "Gry o tron", to sprawdźcie, co przygotował dla swoich postaci Kirkman.

Komiks stał się pierwowzorem znakomitego serialu "The Walking Dead", a po jego sukcesie swoje seriale o zombi wyprodukowali już Anglicy ("In the Flesh") i Francuzi ("Les Revenantes"). Tymczasem Robertowi Kirkmanowi nie wystarczył jego świat "Żywych trupów" i zombizmem zainfekował także całe uniwersum Marvela – w jego wypaczonej rzeczywistości alternatywnej za ludzkim mięchem biegali Hulk, Spider-Man, Wolverine i reszta popularnych herosów. Miniseria "Marvel Zombies" zdobyła spore, w pełni zasłużone uznanie i rozrosła się do niebagatelnych rozmiarów: przez następne lata dopisywano kolejne sequele i w efekcie do przeczytania jest kilkadziesiąt zeszytów.

Zombi niepodzielnie królują też na komputerach i konsolach. Lubiany przez graczy gatunek survival-horror, zapoczątkowany niegdyś przez bodajże "Alone in the Dark", świat podbił inspirowaną filmami Romero serią "Resident Evil", gdzie sterowana przez nas postać przebijała się przez hordy żywych trupów. Dzisiaj zombie games to niemal osobna i niezwykle dochodowa odnoga przemysłu gier wideo. Specjaliści z Capcom stworzyli też trylogię "Dead Rising" (trzecia część zadebiutuje jesienią), gdzie w otwartym świecie walimy w chodzące truchła wszystkim, co nawinęło się pod rękę, zdobywając punkty za widowiskową masakrę. Miliony zagrywały się też w pierwszoosobową strzelaninę "Left 4 Dead", a i polski Techland narobił sporo szumu swoim dyptykiem "Dead Island".

Jeśli nie gustujecie w grach video, to możecie sięgnąć po jedną z najlepszych powieści o zombi. Do polskich księgarń trafiło bowiem wznowienie bestsellerowej książki Maxa Brooksa – tak, z tych Brooksów – "World War Z", będąca niejakim rozwinięciem koncepcji przedstawionej przez autora w parę lat wcześniejszym, prześmiewczym, acz utrzymanym w poważnym tonie poradniku "Zombie survival". "World War Z" to zapis fikcyjnych relacji świadków i uczestników globalnej wojny z zombi, przemieszanie literatury faktu i fantastyki grozy, zainspirowany wyróżnioną nagrodą Pulitzera książką Studsa Tenkela "The Good War", będącą z kolei kompilacją wspomnień tych, którzy przeżyli II wojnę światową. Mimochodem Brooks wymierza w swojej powieści precyzyjny prawy sierpowy nieudolnemu, przeżartemu korupcją rządowi i krytykuje amerykański izolacjonizm.

Ciąg dalszy nastąpi
Dziś coraz trudniej o oryginalną zombi opowieść (czego dowodem choćby niemiłosiernie ciągnąca się seria "Resident Evil"). A jednak z morza wtórności i nudziarstwa nadal da się wyłowić coś niekonwencjonalnego i interesującego. Ostatnia dekada przyniosła co najmniej parę mniej znanych, a wartych zobaczenia, wcale nie tak oczywistych pozycji o żywych trupach lub pochodnych monstrach. Należy w tym miejscu wspomnieć o komediowym "Doghouse", gdzie w podobne do zombi stwory zmieniały się tylko kobiety; zadziwiającym "Fido", w którym ożywione zwłoki trzyma się w charakterze domowych niewolników; "Martwej dziewczynie", opowieści o seksualnych odchyleniach, czy też "Pontypool", istnym horrorze lingwistycznym. Dla tradycjonalistów bracia Ford nakręcili świetne, umiejscowione w Afryce, czerpiące tyleż z Romero, co z Fulciego, "The Dead"; kontynuacja filmu, tym razem osadzona w równie egzotycznym krajobrazie Indii, będzie miała swoją premierę jeszcze w tym roku. Jesienią czeka nas także premiera czwartego sezonu "The Walking Dead", zombi będą więc nas kąsać jeszcze długo. Bądźcie przygotowani.