Ewelina Kustra: Zna pan Woody’ego Allena od prawie 40 lat. Bardzo się zmienił przez ten czas?
Eric Lax: Allen zawsze robił wrażenie osoby chorobliwie nieśmiałej. Kiedy go spotkałem po raz pierwszy, był zamknięty w sobie do granic możliwości. W czasie castingów do swoich filmów praktycznie się nie odzywał, siedząc cicho w kącie, a pod koniec, jak gdyby nigdy nic, podejmował ostateczną decyzję. Teraz to się oczywiście zmieniło, Woody rozmawia z ludźmi, żartuje z aktorami. Jedna rzecz jest w nim jednak stała: on zawsze wie, czego chce. Na planie nie martwi się, jak coś nakręcić, bo ma precyzyjną wizję i dąży do celu bez zadręczania współpracowników. Zawsze jest też spontanicznie zabawny, choć w przeciwieństwie do większości znanych mi komików, nie ma potrzeby nieustannego dowcipkowania. Jeśli już pada z jego ust jakaś satyryczna uwaga, to najczęściej ma charakter autoironiczny.

W jaki sposób przekonał wszystkich, że żydowski neurotyk wymachujący kompulsywnie rękoma, ten, którego widujemy regularnie na ekranie, to w stu procentach właśnie Woody Allen?
No właśnie. Wrażenie zmyłki potęguje to, że zarówno na ekranie, jak w rzeczywistości on dokładnie tak samo się ubiera i mówi! Ale to kompletnie inna osoba.

Ale Allen jest też najwyraźniej znakomitym aktorem, bo jeśli nie miało się okazji spotkać go prywatnie, to pozostaje tylko utożsamiać go z tym facecikiem na skraju załamania nerwowego.
Prawdziwy Woody nie tylko w pełni panuje nad swoim życiem, ale też ma całkowitą kontrolę nad tym, co robi.

Ale nie wiedział pan tego o nim, gdy spotkaliście się po raz pierwszy w 1971 roku.
Oczywiście, że nie. Nasze pierwsze spotkanie było kompletną katastrofą. Kochałem wtedy komików: Boba Hope’a, braci Marx, ale i teksty młodego Allena. Imponował mi, więc na wywiad z nim szedłem dość zdenerwowany. Zacząłem zadawać jakieś idiotyczne pytania, czytane z kartki, i z powodu stresu nie czekałem nawet na odpowiedź. Woody patrzył na mnie jak na wariata. Latałem po pokoju i zasypywałem go znakami zapytania, on ledwie odpowiadał: "tak", "nie", "nie wiem", bo też był dość skrępowany obrotem sprawy. Nie zaiskrzyło między nami, co tu dużo gadać.

Jak więc przekonał go pan do kolejnego wywiadu?
No cóż, musiałem trochę skłamać: tak Woody’emu (że "New York Times" chce wciąż wielki materiał o nim, chociaż bałem się do nich zadzwonić po wpadce), jak i gazecie (że Woody błaga mnie o kolejne spotkanie). Tak wylądowałem z nim na łodzi koło San Francisco, gdzie trwały zdjęcia do filmu "Zagraj to jeszcze raz, Sam" i powiedziałem mu, że chciałbym się przyjrzeć bliżej jego przemianie z komika w reżysera (choć akurat tego filmu Allen nie reżyserował - przyp. red). Mieliśmy dla siebie wtedy może około 10 minut, ale udało się, w przeciwieństwie do poprzedniego razu, przeprowadzić normalną rozmowę. Obaj byliśmy o wiele bardziej wyluzowani. Może dlatego, że gadaliśmy głównie o bejsbolu? (śmiech). Manager Woody’ego, Charles Joffe, zgodził się, żebym pokręcił się trochę po planie. Prawie się nie odzywałem, przesiadywałem w kącie i obserwowałem. Po paru dniach, kiedy było już jasne, że nie spowodowałem żadnej katastrofy, Allen zaczął podchodzić do mnie i zagadywać. Najpierw chwilkę, potem coraz dłużej. I tak nam zostało do dziś.

Ale artykuł się nigdy nie ukazał.
Delikatnie powiedziane. Po kilku tygodniach na planie "Zagraj to jeszcze raz, Sam" na podstawie sztuki Allena, pojechałem do Los Angeles, gdzie Woody reżyserował "Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o seksie, ale baliście się zapytać". Dokończyłem artykuł i pech chciał, że po ciężkiej pracy oddałem go redakcji dokładnie w dniu, gdy tygodnik "Time" opublikował sylwetkę reżysera. A w dziennikarstwie, jak wiadomo, jest jak w komedii - grunt to odpowiedni moment. Jeśli ktoś inny opowie historię, nad którą sam pracujesz, staje się ona nietykalna niczym odpady radioaktywne. Musiałem się więc pożegnać z myślą o publikacji swojego artykułu.

Woody się nie wściekł, że zawracał mu pan głowę i nic z tego nie wyszło?
Bałem się trochę, ale co miałem zrobić? Chciałem być fair, więc wysłałem mu ten nieopublikowany artykuł z karteczką z przeprosinami. I odpisał! Było mu przykro, że z publikacji nic nie wyszło, ale tekst mu się podobał, pochwalił, że właściwie go cytowałem, nie zniekształciłem żadnych dowcipów i nie zmasakrowałem puent. Gdy później wpadliśmy na siebie na ulicy w Nowym Jorku, powiedział, że jedzie do Las Vegas na występ i jeśli byłbym w okolicy, zaprasza. Nic nie wskazywało, żebym miał pokonać te trzy i pół tysiąca kilometrów. Ledwie jednak wróciłem do domu, zadzwonił do mnie kolega, który rozkręcał nowe wydawnictwo i poinformował, że byłby zainteresowany dużym tekstem o Allenie. Jak wystrzelony z katapulty poleciałem do Vegas. Zadzwoniłem do Woody’ego z hotelu. Spotkaliśmy się na kawie. Co ja w ogóle mówię, przecież Woody nigdy nie pija kawy, tylko gorącą wodę z cytryną! To ja piłem wtedy kawę. Miałem szczęście towarzyszyć Woody’emu w jego ostatnim tournée w roli komika, które wystartowało w słynnym Caesars Palace w Las Vegas. W wyniku naszej współpracy w 1975 roku powstała książ

Zdecydował pan, że dalsza współpraca nie będzie miała sensu, jeśli Woody zacznie się powtarzać.
Allen mówi potoczyście, całymi akapitami, niemal nie trzeba na papierze redagować jego wypowiedzi. A jakąś historyjkę powtórzył po raz drugi dopiero po trzech latach. To naprawdę łebski gość.

Czy przez te wszystkie lata znajomości, Woody Allen czymś pana szczególnie zaskoczył?
Raczej zaimponował mi tym, że odkąd pamiętam, robi tylko to, co chce, nie oglądając się na innych. Woody to jeden z najbardziej zdyscyplinowanych ludzi, jakich znam. O określonej porze, żeby nawet świat się walił, zamyka się w pokoju, żeby pracować: myśleć lub pisać. Dyscyplina to jego drugie imię. Najciekawsze, że raz napisany scenariusz zostaje mu na dobre w głowie. Potem na planie Allen do niego w ogóle nie zagląda, nie zadaje pytań w stylu: "I co tam dalej było?". On to wszystko pamięta!

Może robi notatki na serwetkach w restauracjach albo na papierze toaletowym?
Gdy Woody pracuje, pomysły zapisuje na małych karteluszkach, które walają się wszędzie. Na biurku zwykle trzyma wielką papierową torbę, do której je wszystkie znosi, żeby niczego nie zgubić. Kiedyś powiedział mi, że życia mu nie starczy, żeby zrealizować choćby połowę pomysłów z tej torby. Można by pomyśleć, że to kokieteria nadętego filmowca. Ale ja widziałem, ile niesamowitych rzeczy jest w tej torbie, przybywa ich z każdą chwilą i to mnie niezmiennie zadziwia. Następnie Allen losuje którąś karteczkę i rozwija ją w coś większego.

Tak po prostu? Siada do komputera?
Raczej do maszyny, a najczęściej sięga po długopis. Ale najpierw przechodzi prawdziwą gehennę i zmasowany atak hipochondrycznych dolegliwości: boli go głowa, brzuch, często miewa gorączkę. Obaj z Marshallem Brickmanem (współscenarzystą niektórych filmow Allena, np. "Tajemnicy morderstwa na Manhattanie" czy "Śpiocha" - przyp.red) twierdzą, że najgorsze jest pisanie, czyli układanie całości dialogów w głowie. Zaś spisywanie, czyli przelewanie ich na papier, to przy tym jak wydmuchanie nosa. Kiedyś Allen pokazał mi scenariusz do "Zbrodni i wykroczeń". Wszystko było nagryzmolone na papeterii hotelowej, bo był wtedy na wakacjach w Europie z Mią Farrow i dziećmi. Tak pracuje.

Nie ma żadnych przyzwyczajeń dziwaka? Nie musi mieć w hotelu prześcieradeł w odpowiedni deseń i markowego szampana dla psiego pupila?
Allen nie podróżuje ze świtą. Nie bywa uciążliwy. Ale jest coś, co łączy go z hipochondrycznym bohaterem jego filmów - fioł na punkcie zdrowia. Woody pilnuje diety, przyjmuje odpowiednie ilości płynów, z najdrobniejszym katarem leci do lekarza i najchętniej codziennie robiłby sobie prześwietlenie. Szczególne wymagania na planie? Rano zwykle je babeczkę i pije gorącą wodę, to wszystko.

Nigdy też nie kazał panu iść do diabła, gdy zadał pan jakieś niewygodne pytanie?
O dziwo nie. Ale od początku mieliśmy jasny układ. Woody nie chciał krytykować żadnej żyjącej osoby. Zawsze dbał o to, żeby żadne tego rodzaju nazwisko nie pojawiło się w kontekście mocnej krytyki czegoś, czym gardzi. To było dla niego bardzo ważne. Czasem coś mu się wyrwało, ale zaznaczał, że to "off the record", tylko dla mnie. Był natomiast zadziwiająco otwarty w rozmowach o swoim życiu osobistym - nawet w momencie sporych turbulencji towarzyszących rozstaniu z Mią Farrow i początkowi związku z Soon Yi-Previn (którą wspólnie z Farrow Allen najpierw adoptował, a potem się z nią ożenił w 1997 roku - przyp. red).