Przez większość filmu bohaterka, którą grasz, ma tylko jedną nogę. Jak się z tym czułaś?
Rose McGowan: Niezbyt dobrze. Przede wszystkim było to bardzo wyczerpujące fizycznie. Przymocowana do mojej nogi konstrukcja, którą w trakcie obróbki komputerowej zastąpiono karabinem, była bardzo ciężka i niewygodna. Na drugiej nodze miałam zaś but na bardzo wysokim obcasie, więc samo utrzymanie równowagi było pewnym problemem. A co dopiero chodzenie, że nie wspomnę o bardziej skomplikowanych akrobacjach! Ale po sześciu miesiącach zdjęć przyzwyczaiłam się i dzięki temu teraz jestem gibka jak Ginger Rogers i Fred Astaire razem wzięci.

Jak Robert Rodriguez zdołał cię na to wszystko namówić?
Od dawna chciałam u niego zagrać. Poznaliśmy się mniej więcej dwa lata temu. Przegadaliśmy wówczas kilka godzin o kinie, filmach, które lubimy oglądać i robić. Pamiętam, że pomyślałam sobie wtedy: jaka szkoda, że kobiety nie mogą grać męskich ról. To rodzaj rasizmu. A przecież niektóre role nie są określone przez płeć. Kiedy więc Robert zaproponował mi zagranie laski, która przez większość filmu robi wszystko, co zwykle w filmach akcji przypada facetom, byłam zachwycona. Zgodziłam się bez namysłu. W trakcie pracy nad scenariuszem Robert zadzwonił do mnie bardzo podekscytowany i wykrzyczał: "Wiem! będziesz miała karabin zamiast nogi! Super, nie?"... Ale poza tym w tej postaci jest dużo ze mnie, Robert pisał ją przecież specjalnie dla mnie, niektóre kwestie wymyślaliśmy wspólnie, więc nie mam poczucia, że zostałam do czegoś zmuszona.

Zagrałaś też w "Death Proof" Tarantino. Z nim też dobrze ci się pracowało?
To była zabawa! Już podczas wstępnych przesłuchań Quentin sprawdził moją umiejętność panowania nad emocjami. Czytaliśmy razem tekst - on kwestie Kaskadera Mike’a. Wypowiadał je wysokim kobiecym głosem. To było niewymownie śmieszne i żeby nie wyjść z roli, nie parsknąć śmiechem, musiałam się bardzo kontrolować. Opłaciło się - to reżyser, z którym warto się zetknąć, który w jakimś sensie, choć nie chcę popadać w patos, zmienia twoje życie.

Na czym polegała różnica w pracy z jednym i drugim reżyserem?
Na planie u Roberta jest cicho, spokojnie, wszystko jest świetnie zorganizowane, każdy wie, co ma robić. Natomiast u Quentina - szaleństwo. On wrzeszczy, gada jak najęty, wchodzi w trakcie sceny, wymyśla jakieś niestworzone rzeczy, zmusza aktorów do improwizacji. Ale mimo tych różnic obaj bardzo dobrze wiedzą, czego chcą i jak można to osiągnąć.

Podobno jako jedna z nielicznych osób z obsady naprawdę dobrze bawiłaś się podczas pokazów starych filmów grindhouse’owych, do oglądania których zmuszał was Tarantino.
Są przezabawne. Oczywiście nie sprawiało mi przyjemności patrzenie na te wszystkie straszne rzeczy, które przydarzają się w tego typu filmach kobietom, ale uznałam to za część konwencji i najwyżej czasami zamykałam oczy. Poza tym to przydało się w pracy z Robertem i Quentinem, bo wiedziałam, czego dokładnie oczekują, dokąd zmierzają, jaki efekt chcą osiągnąć.