Są korzyści z bycia gwiazdą?

Kiedy przyjechałem na plan, podszedł do mnie Robert De Niro, który także grał u Rodrigueza, uściskał mnie i powiedział: "Wreszcie Danny, udało ci się, dokonałeś tego!". Ja na to: "Przepraszam, panie De Niro, czy mogę prosić o szklankę wody? Szybciutko!". I obaj zaczęliśmy się śmiać. Długo nie mogłem uwierzyć, że z moją przeszłością udało mi się przebić. Nie mam jednak złudzeń, nie stanę się gwiazdą pierwszego formatu, nie zrobię kariery jak George Clooney. Pytasz jednak o największe korzyści? Całowałem Jessicę Albę. Nigdy tego nie zapomnę.

Najpierw na potrzeby "Grindhouse’u" powstał trailer "Maczety", który zapowiadał nieistniejący film.

Zrealizowaliśmy wówczas sceny pod wodospadem z Lindsay Lohan, rozbierane, trochę erotyczne fragmenty. Strasznie się rozochociłem, wiadomo. Zresztą nie tylko ja. Otrzymaliśmy mnóstwo e-maili od fanów, którzy pisali, że chcieliby zobaczyć taki film jak "Maczeta". Nie chodziło tylko o to, że to nawiązanie do stylu kina klasy B z lat 70., kiedy brzydal był zły, a przystojniak czynił dobro. Robert od początku chciał, żeby było na odwrót. I o to też chodzi w "Maczecie" – żeby pokazać, że ktoś, kto wygląda jak ja, może czynić dobro. Oczywiście metody są dyskusyjne, ale intencje jak najbardziej szczytne.


Podobno historia powstania filmu jest jeszcze dłuższa.

To prawda, liczy 16 lat. Robert wpadł na pomysł "Maczety", gdy realizował "Desperado". Ale wtedy chodziło mu wyłącznie o stworzenie nieco innego typu bohatera. Zazwyczaj buntownik, bojownik o jakąś ideę jest wymuskanym przystojniakiem z tłumem wzdychających piękności u stóp. A brzydalom się nie należy? A tak na poważnie chcieliśmy przełamać monopol na męski, doskonały wizerunek. Robert powiedział mi wówczas: "Potrzebuję kogoś, kto będzie miał życie wypisane na twarzy, nie chcę aktora, który mi to zagra, chcę faceta, który będzie złem, myślę, że byłbyś idealny!".

Życie wypisane na twojej twarzy to także pobyt w więzieniach w latach 60.

Nie jestem dumny z tego okresu, ale nie wypieram się. To mnie ukształtowało. Od wczesnego dzieciństwa pracowałem na swój kryminalny dorobek, miałem problemy z narkotykami. Rozboje, napady z bronią w ręku, narkomania. W końcu wziąłem udział w 12-stopniowym programie odwykowym, z kolei w więzieniu zacząłem boksować, zdobyłem kilka tytułów. To sprawiło, że zacząłem zmieniać swoje życie, choć nie było to proste. Recydywista ma ten problem, że nikt mu nie chce uwierzyć, że się zmienił. Ja akurat miałem to szczęście, że przypadkiem trafiłem do filmu. Zacząłem trenować z aktorami, uczyłem ich boksować. Przyjmowałem niewielkie epizody, ale gdyby nie Robert, grałbym je do dzisiaj.

Grasz w co najmniej czterech filmach rocznie, w 2002 roku zagrałeś aż w dziewięciu produkcjach. W czym tkwi tajemnica?

Zazwyczaj ginę w pierwszych dziesięciu minutach filmu! No, może trochę przesadzam, ale przyjmując rolę, nie spodziewam się, że mój bohater przetrwa do finału... Reżyserzy zazwyczaj obsadzają mnie zgodnie z tzw. warunkami – a te, jakie są, każdy widzi. Gram albo handlarza narkotyków, albo kryminalistę, albo zbiega z więzienia. Z jednej strony nie dziwię się – moja uroda jest dość charakterystyczna, trudno byłoby mi zagrać amanta, prezydenta Stanów Zjednoczonych, lekarza. Z drugiej strony polityka castingów w USA jest dyskryminująca. Meksykańscy aktorzy rzadko wychodzą poza role kelnerów, sprzątaczek, bandytów lub policjantów. Robert Rodriguez również obsadził mnie zgodnie z warunkami, ale zrobił z nich atut.


Historia tytułowego Maczety, byłego agenta FBI szukającego zemsty, to jeden wymiar filmu. Drugi mówi o restrykcyjnym prawie imigracyjnym propagowanym przez konserwatystów w USA. Rozrywka w filmie Rodrigueza miesza się z politycznym manifestem.

A dlaczego nie? Dlaczego nie powiedzieć czegoś sensownego w słusznej sprawie przy okazji rozrywkowego kina? Nie każdy to potrafi, Robert owszem. Od początku Rodriguez chciał czegoś więcej.

"Maczeta" zostanie potraktowana poważnie jako głos w dyskusji?

Formuła jest tak pomyślana, by film mógł trafić do wielu odbiorców, a przy okazji by ci ludzie usłyszeli o realnym problemie, z jakim borykamy się w Stanach. Moim zdaniem to walka o granicę... Jeszcze do niedawna tylko 4 procent ludności mieszkającej przy granicy amerykańsko-meksykańskiej uważało, że jest problem z migracją ludności. Staraliśmy się ukazać dobro i zło po obydwu stronach granicy. Ale trudno nie zauważyć, że to rząd USA i pewne postulaty doprowadziły do sytuacji, w której ludzie zaczynają propagować rasizm i nietolerancję, wykazują nieufność po obydwu stronach. Nic z tego nie wyniknie prócz przygranicznej wojny. Już raz mieliśmy taką sytuację...

BIO: Danny Trejo (ur. 1944) – amerykański aktor meksykańskiego pochodzenia. Były bokser i więzień karierę filmową rozpoczął od występu w "Uciekającym pociągu" (1985), ale sławę przyniosła mu dopiero dziesięć lat później rola w "Desperado" Roberta Rodrigueza.