Simpsonowie na wielkim ekranie
Filmowa wersja "Simpsonów" została zrobiona wedle recepty "dla każdego coś miłego". Na szczęście rewolucyjny duch tego, co miłe inaczej, ostatecznie zatriumfował nad modelem infantylnie miłej telewizyjnej rozrywki.
- Trylogia starotestamentowej zemsty
- Zbrodniarz, który zaszyfrował zbrodnię
- Ostra laska - thriller i telenowela
- Conan prosto z Rosji
- Niepokoje wychowanka Pottera
- Tom Hanks kręci o II wojnie światowej
- Z punktu widzenia pogrzebowego mówcy
- Pożegnanie szpiega?
- Tom Hanks producentem filmu o znanym szpiegu
- Bart Simpson werbuje do sekty
- Jak skutecznie obrazić każdego
- Simpsonowie znów na dużym ekranie
- Matura bez bólu >>
Pogoda
POLSKA
Wtorek 2012-05-22

temp. min 6°C max. 31°C
opady:
niewielkie opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
"Simpsonowie" doczekali się przeniesienia na kinowy ekran, gdy po 18 latach nieprzerwanej obecności w telewizji nowe odcinki nie są już pokazywane w porze największej oglądalności, a ich poziom zmierza w stronę telewizyjnej sztampy. Dzisiejsza wersja serialu z rzadka przypomina o czasach, gdy każdy odcinek był majstersztykiem inteligentnego humoru i celnej satyry.
Na szczęście reżyser pełnometrażowej wersji (a wcześniej 23 telewizyjnych odcinków) David Silverman i główny scenarzysta, ojciec "Simpsonów" Matt Groening o starym przepisie na jeden z najlepszych seriali wszech czasów nie zapomnieli. Owszem, godzenie żartów dla starych fanw z tanimi grepsami dla tych, którzy byli zbyt młodzi, by się załapać na najlepsze sezony, przybiera karkołomne formy, ale ducha anarchicznej zabawy z czasów świetności jednak wyraźnie czuć.
Zwłaszcza w znakomitej pierwszej połówce, gdzie dostajemy to, co w "Simpsonach" zawsze było najlepsze, czyli kpiący z wszystkich świętości obraz niecodziennej codzienności dysfunkcjonalnej rodziny wymieszany z szyderstwem z politycznej poprawności, brawurową kpiną z religijnego nawiedzenia. W dodatku doprawiony smakowitymi slapstickowymi gagami z fenomenalną sekwencją przejażdżki nagiego Barta na deskorolce.
Sama fabuła osnuta wokół wątku jeziora zatrutego przez ojca rodziny Homera i związanej z tym kwarantanny mieszkańców Springfield przykrytych przez tajną agencję wielkim szklanym kloszem najeżona jest niedwuznacznymi wycieczkami w kierunku bieżącej polityki ze szczególnym uwzględnieniem ekologicznej krucjaty Ala Gore’a. Satyryczne ciosy padają gęsto i rozdawane są po równo nawiedzonym ekologom i ich obskuranckim przeciwnikom. Przy okazji dostaje się też m.in. prezydentowi Bushowi (nie wprost), Hillary Clinton (prawie wprost), Tomowi Hanksowi (bardzo wprost) i zespołowi Green Day pogrzebanemu w morzu śmieci. Jest wariacko, inteligentnie i radośnie, a to, co prymitywne w idealnych proporcjach, łączy się z tym, co wyszukane.
Ale z chwilą ucieczki Simpsonów przed rozwścieczonymi sąsiadami na Alaskę ukłony w stronę nowej publiczności zaczynają być coraz bardziej widoczne. W sukurs przychodzi cały worek
odwołań do popkulturowej klasyki. I jakoś się to toczy nierówną koleiną lepszych i słabszych momentów z prorodzinnymi rozterkami w roli katalizatora aż do wielkiego finału, gdzie status
quo zostaje zwyczajowo przywrócone, a duch niepokornej satyry znów triumfuje. Miłośnicy "Simpsonów" mogą więc z ulgą odetchnąć, bo kinowa wersja jednak udowadnia, że
pogłoski o rychłym zmierzchu serialu są mocno przesadzone.













































Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!