Dlaczego nakręciłeś dwa ostatnie filmy: "Wszystko gra" i "Scoop - Gorący temat" w Londynie?

Te historie równie dobrze mogły zdarzyć się w Paryżu, Nowym Jorku lub San Francisco, więc nie o miejsce tu chodzi. Zrobiłem te filmy w Londynie, bo tamtejsza atmosfera sprzyja twórczej pracy. Angielscy sponsorzy byli bardzo hojni i nie wtrącali się do filmu. Mogłem robić, co chciałem.

Definitywnie skoczyłeś z reżyserowaniem w Nowym Jorku?

O nie... Zamierzam znów pracować w Nowym Jorku. Mówię tylko, że kręcenie filmów w Londynie było cudownym doświadczeniem. Poprzednio pracowałem na Manhattanie zwykle latem, kiedy jest niewyobrażalnie gorąco. W Londynie o tej porze roku bywa chłodno, niebo przez cały dzień jest zachmurzone, a to bardzo mi odpowiada.

Skąd czerpiesz pomysły na filmy?

Nigdy nie miałem problemów z nowymi pomysłami, cały czas się pojawiają. W tym tkwi moja siła. Pomysły przychodzą mi do głowy, gdy idę ulicą lub golę się. Potrafię także wymyślać coś szybko, bo przez lata tak musiałem działać. Zaczynałem przecież jako scenarzysta telewizyjny. Programy szły na żywo i w każdy poniedziałkowy poranek musiałem wymyślić pomysł na show, który miał pójść w telewizji w sobotnią noc.

Zapisujesz pomysły czy po prostu są gdzieś z tyłu głowy?

Zapisuję na wszystkim, co mi wpadnie w ręce. Och, gdybyś zobaczył mój notatnik - pełno w nim małych, zapisanych serwetek, skrawków papierków, pocztówek... Niektóre z tych zapisanych pomysłów wyglądają strasznie, gdy po jakimś czasie patrzę na nie ponownie. Ale niektóre są dobre. Potem tworzę całą historię od początku do końca, a później przepisuję ją. Nigdy nie pracuję na podstawie samych szkiców, konspektów.

Nigdy nie miałeś dobrego zdania o swoich umiejętnościach aktorskich. Dlaczego?

No cóż... Mogę zagrać tylko siebie. To jedyna rola, w której czuję się dobrze i zapewniam, że potrafię zagrać siebie naprawdę nieźle. Nigdy nie pragnąłem wcielić się w inną rolę. Nie umiałbym. Nie sądzę, żebym miał talent aktorski.

W prawie wszystkich dawnych filmach grałeś kochanka. Dziś za tym tęsknisz?

Chciałbym wciąż grać takie role, lecz przychodzi czas, kiedy jest to niemożliwe. Wolałbym to niż cokolwiek innego, ale w moim wieku wyglądałoby to głupio. Teraz muszę zostawić ten przywilej młodszym. To naturalny tok ewolucji. Mam już ponad 70 lat i nie mogę dłużej grać kochanków (śmiech). Choć bardzo bym chciał...

Zawsze pisałeś lepsze role dla kobiet niż dla mężczyzn. Nie mylę się?

To prawda, że przez lata dobrze się czułem w towarzystwie filmowych kobiet. Tak, stworzyłem wiele bardzo dobrych ról kobiecych. Te role wygrywały festiwale, aktorki dostawały za nie Oscary lub były do nich wielokrotnie nominowane. To zabawne, bo gdy zaczynałem, za nic nie udawało mi się napisać roli dla kobiety. Nie potrafiłem i już. Napisałbym wtedy wszystko, ale z męskiego punktu widzenia. Miałem wówczas romans z Diane Keaton. Żyliśmy ze sobą, i to ona nauczyła mnie, jak patrzeć na wiele spraw oczami kobiety. Czasami uromantyczniam moje bohaterki, kiedy indziej robię z nich idiotki, ale tak samo postępuję z mężczyznami. Ja sam zagrałem kilka bardzo głupich ról...

Masz już ósmy krzyżyk na karku. Inni idą w tym wieku na zasłużoną emeryturę.

Wciąż czuję, że muszę robić dobre filmy - to ciągle jest wyzwanie. Nakręciłem sporo filmów - jedne lepsze, inne gorsze, ale nigdy nie miałem poczucia, że zrobiłem film, który uważałbym za wybitny, a chciałbym to odczuć. Oczywiście, nie możesz pomyśleć: "Stworzę wybitne dzieło", po czym wykonać plan (śmiech). Jednak wciąż mam nadzieję, że jeśli będę pracować, mogę nakręcić film, w którym wszystko będzie działać idealnie. I będzie to wielkie dzieło.

Wielu uznałoby, że np. "Manhattan" jest takim dziełem. Ty masz inne zdanie...

Nie uważam, żeby to był wybitny film. Jest bardzo piękny, to dobra historia, świetny scenariusz, ale film nie jest zbyt głęboki. Poza tym jest moralizatorski i brak mu wystarczającej głębi intelektualnej, bym mógł nazwać go doskonałym. To romantyczna wizja nowojorskiego city. Dobra rozrywka, ale nie wybitny film.

Więc jakie filmy są twoim zdaniem wybitne?

"Rashomon" jest wielkim filmem. "Złodzieje rowerów" też. I "Siódma pieczęć". Oraz "Osiem i pół". To naprawdę wybitne kino.

Zgadzam się, ale w tym samym spisie mógłby się znaleźć "Manhattan" i "Annie Hall".

Cóż... Może..., ale nie w moim rankingu! (śmiech)

Wśród twoich ulubionych filmów nie ma amerykańskich. Przynajmniej nie wymieniłeś żadnego...

I miałem powody, by nie wymieniać. Jedynym wybitnym filmem amerykańskim był "Obywatel Kane". Jest wiele bardzo dobrych filmów amerykańskich, ale nie ma wybitnych. Na przykład "Zupa z kaczki" jest świetną komedią, ale ja zawsze oceniam komedie niżej niż dramaty. Artyści tworzący dramaty dążą do skonfrontowania różnych problemów na wielu płaszczyznach - np. Tennessee Williams czy Arthur Miller. Komedie są na zadany temat, ośmieszają go, po czym "wycofują się", pozostając pozbawionymi emocji, bardzo odległymi obrazami. Myślę, że publiczność odbiera je tak samo: kocha komedie, lecz wie, że nie są na tyle głębokie, by być czymś bardzo istotnym. Przez wiele lat komedia nie zwyciężyła w wyścigu do Oscarów. I nie bez racji.

To znaczy, że twój talent do tworzenia komedii jest jednocześnie przekleństwem?

Jeden z moich bardzo dobrych przyjaciół, pisarz, zawsze powiada: "Jesteś przeklęty przez to, kim jesteś", i myślę, że to prawda. Nie mogę nic na to poradzić. Komedie robię najlepiej. Nie urodziłem się O'Neillem ani Williamsem. Mieli bardzo smutne życie. Nie chciałbym żyć jak oni. Ale chciałbym mieć ich talent.