Nieźle wygląda, fajnie się rusza, na ekranie emanuje szczególną energią. Zanim zaczęliśmy zdjęcia, spędziliśmy razem sporo czasu, chciałem mieć pewność, że jest najwłaściwszą osobą. Szukałem aktora, który miałby na ten film prawdziwą chrapkę, gotowego spędzić osiem miesięcy wyczerpujących fizycznie zdjęć w terenie, gdzie trudno o luksus.
Nie, nie mam na koncie tego typu doświadczeń. Przychodzą mi do głowy tylko wspomnienia z czasów młodości, gdy byłem zapalonym surferem. Miałem kilka spotkań z potężnymi falami. Na szczęście żaden z wypadków, którym wtedy uległem, nie był bardzo groźny.
Poznaliśmy się, gdy kręciłem "Przed egzekucją", do którego Eddie nagrał dwie piosenki. Wtedy, w połowie lat 90., uważałem, że muzyka zrobiona po 1968 roku nie jest wiele warta. Zmieniłem zdanie, kiedy usłyszałem głos Eddiego i jego teksty, które wbijały mnie w fotel. Spotykaliśmy się na profesjonalnym gruncie wiele razy, szanowaliśmy się, ale z przyjaźnią jakoś nam nie wychodziło. Dopiero pewnego dnia powiedziałem mu, że piszę scenariusz, w którym ważną rolę odegrają piosenki. Eddie przeczytał historię, chwycił w lot, o co chodzi, dał duszę mojemu filmowi.
Ludzie, otrząśnijcie się! Chciałbym obudzić większość z nas z letargu, byśmy uważniej przyjrzeli się prawdziwemu światu wokół. Chris rezygnuje z komfortu życia klasy średniej i wyrusza w nieznane, aby odnaleźć głębszy sens. Nie wolno zapominać o marzeniach, o tym, że świat może być lepszym miejscem, że wciąż istnieją takie sposoby na życie, które pozwalają naszym sercom bić mocniej. Mój film to hymn na cześć wolności i poszukiwania osobistego szczęścia.
Niestety, tak. Uważam, że więź z naturą i jej ochrona powinny być priorytetami dla ludzkości.
Długo można by o tym mówić, ale przytoczę historię, która wydarzyła się niedawno. Byłem na koncercie Bruce’a Springsteena, który w pewnym momencie zwrócił się do publiczności: "Ameryko, spójrz na siebie! Przebyłaś tak długą drogę, a teraz wracasz do punktu wyjścia". Myślę, że nie da się dziś lepiej oddać kondycji Stanów Zjednoczonych.
Złoszczę się, kiedy ludzka głupota niweczy czyjeś plany. A na siebie, gdy brak mi weny.
Zdecydowanie upór. Bez uporu i wytrwałości nie byłbym dziś w miejscu, w którym jestem.
Czułem się tak, jakbym siedział w samolocie podczas bardzo długiego lotu i nagle ktoś przez głośniki wymienił moje nazwisko! Ale oscarowa gorączka jest dziwnym zamieszaniem. Czujesz, że obstawiają twoją wygraną albo porażkę, jakbyś był koniem wyścigowym. Nie sądzę, żebym należał wtedy do faworytów, choć cieszę się, że "Rzeka tajemnic" zdobyła tyle statuetek, bo to świetny film. Ale mógłbym wymienić tyle samo zasłużenie przyznanych nagród co i absurdalnych werdyktów. Nie sądzę, żeby statuetka miała większy wpływ na moją karierę. Rozmawialiśmy o tym z Timem Robbinsem, który dostał Oscara za drugoplanową rolę w "Rzece tajemnic". Obaj jesteśmy zwierzętami politycznymi, nie boimy się głosić własnych poglądów. Dlatego uważamy, że nasze statuetki to wkład w tolerancję i wolność słowa w Hollywood, których wpływ na media i opinię publiczną jest nie do przecenienia.