Twój bohater, Alex Flecher, złoty okres przeżył w latach 80. Jak wspominasz te czasy?
W przeciwieństwie do Aleksa nie rozbijałem się po imprezach, nawet w piątki. Większość weekendów przesiedziałem w dużym pokoju na kanapie. Towarzystwa dotrzymywali mi głównie telewizor i bezczelni dziennikarze polityczni brytyjskiego programu publicystycznego "Newsnight" (Noc newsów). Mieszkałem wtedy z moim bratem (bankier James, pracuje w Nowym Jorku - przyp. red.), który ma dość męczący gust muzyczny. Puszczał w kółko rockowe kapele. Główne miejsce w płytotece zajmowali Dire Straits, a dla odmiany mogłem posłuchać jeszcze Gipsy Kings. Zaliczyłem więc lekcje popu, ale w odmianie hiszpańskiej. Żaden ze mnie meloman, więc sklepy muzyczne nie mają ze mnie pożytku.

W otwierającym film teledysku dajesz popis tanecznych kroków, ale podobno nie ciągnie cię na parkiet.
Nie jestem królem dyskotek. Perspektywa nakręcenia całego klipu trochę mnie tremowała. Oglądałem teledyski Duran Duran i Wham!, żeby podłapać styl. Już wtedy czułem, że kręcenie biodrami wcale nie jest takie łatwe. Kiedy bladym świtem w studiu w Nowym Jorku zebraliśmy się na próbę taneczną, chciałem dać z siebie wszystko. Choreograf nie był wymagający. Powiedział tylko, żebym normalnie zatańczył. Włączył muzykę, a ja nic. Wyszła na jaw moja angielska, flegmatyczna natura. Przyznałem się przed sobą do porażki i nie pozostało mi nic innego, jak pierwszy raz w mojej karierze poprosić o drinka na planie. To był katalizator. Po nim poszło w miarę gładko, a teraz na imprezach mogę popisywać się nowymi krokami.

W filmie mocno pracowali nad tobą wizażyści. Dobrze się z tym czułeś?
Szczerze? Czułem się jak pomalowana francuska dama. Do kilku scen trzeba mnie było mocno odmłodzić. Nosiłem największą warstwę pudru i różu, jaką widziałem, a na dodatek obcisłe spodnie i opaskę na włosach. Wysiłki na nic się nie zdały. Udało mi się odjąć może dwa lata. Reszta to efekt liftingu komputerowego.

Dlaczego dopiero teraz postanowiłeś ujawnić swój talent estradowy?
Nie mam dobrego słuchu i dlatego nigdy nie wychylałem się ze śpiewaniem. A już szczególnie publicznie. Przed zdjęciami do "Prosto w serce" miałem sporą tremę. Trochę się przygotowywałem, żeby nie zabrzmiało fatalnie, ale kiedy wreszcie stanąłem przed mikrofonem, poczułem się jak kiepsko przygotowany student przed egzaminem. Na szczęście potem okazało się, co potrafią specjalne programy do tworzenia muzyki. Dzisiaj zamiast śpiewać, możesz dosłownie wyć i szczekać jak pies, a specjaliści przepuszczą twój głos przez maszynkę i brzmisz prawie jak Luciano Pavarotti.

Musiałeś też nauczyć się grać na pianinie?
Postanowiłem, że nie będę udawać. Chyba sprawiłem tym radość mojej rodzinie. Kiedy byłem mały, chodziłem na lekcje pianina, ale męczyłem się okrutnie, aż w końcu nauczycielka machnęła na mnie ręką. Jednak teraz sam z siebie ćwiczyłem gamy i uczyłem się nut. Miałem niezłą frajdę, kiedy opanowałem kolejny takt. Dzięki temu podczas sceny koncertu zagrałem naprawdę.

Alex Fletcher tęskni do czasów, kiedy był idolem. Teraz musi grać w parkach rozrywki i na zjazdach absolwentów. Nie boisz się, że doświadczysz czegoś podobnego?
Już wiele razy zapowiadałem, że powinienem przestać grać i zająć się czymś innym (śmiech). Na szczęście na razie dostaję propozycje ciekawych ról i nic nie wskazuje na to, że podzielę los Aleksa. Jeśli jednak znalazłbym się w takiej sytuacji, postarałbym się przyjąć to z godnością. Każdy w końcu musi przejść na emeryturę, ale niektórzy i wtedy świetnie się bawią.

Większość z twoich filmów to komedie romantyczne. Nie chciałbyś zmienić wizerunku?
Ponoć komedia to mniejsze wyzwanie niż dramat. Nie zgadzam się z tą opinią. Na przygotowanie do roli w komedii też trzeba poświęcić sporo czasu. Mimo to nie wszystkim aktorom rozśmieszanie publiczności wychodzi naturalnie. Dobrze czuję się w komediach, więc chyba nie muszę niczego zmieniać.