Oba tytuły wymieniano wśród faworytów tegorocznych nagród. I krytycy się nie pomylili. Choć wielu twierdziło, że to Scorsese - twórca "Taksówkarza", "Wściekłego byka" czy "Kasyna" - zgarnie wszystko. Tymczasem najbardziej pożądana statuetka - za dramat roku - trafiła do Meksykanina. Ale Inárritu to nie postać przypadkowa. Zasłynął już filmami "Amores Perros" i "21 gramów".

Wśród pierwszych bohaterów wieczoru były gwiazdy: Meryl Streep i Eddie Murphy. Aktorka zabrała ze sobą Złoty Glob za główną rolę w filmie "Diabeł ubiera się u Prady". To szósta nagroda w jej karierze. Będzie miała z kogo brać przykład filmowa nowicjuszka Jennifer Hudson - zwyciężczyni jednej z edycji amerykańskiej wersji "Idola", którą doceniono za drugoplanowy debiut w musicalu "Dreamgirls".

W tym samym filmie drugoplanową rolę męską zagrał znany komik Eddie Murphy. Wielu krytyków uważa ten występ za jeden z najlepszych w jego karierze. Tak samo uznała kapituła Złotych Globów i przyznała mu tę nagrodę. Nagrody dla aktorów stają się powoli domeną czarnoskórych gwiazdorów. Za główną rolę męską wyróżniono Foresta Whitakera - aktora, który z równym wdziękiem gra w filmach typowo komercyjnych jak niszowych.

Zwycięzcą okazał się także znów Clint Eastwood. Tym razem zdobył nagrodę w kategorii najlepszego filmu... nieanglojęzycznego. "Letters from Iwo Jima" to film w całości zagrany po japońsku. Z japońskiej perspektywy opowiada o krwawych walkach o wyspę Iwo Jima w czasie II wojny światowej. Eastwood nakręcił równocześnie film "Sztandar chwały" - pokazujący tę samą historię od strony amerykańskiej. Dawny "Brudny Harry", który w ostatnich latach zajął się tworzeniem przejmujących psychologicznych filmów, miał jeszcze szansę na Złoty Glob za reżyserię. Do tej nagrody nominowany był... dwa razy - za oba wojenne obrazy.

Uroczystość w hotelu Beverly Hilton rozpoczęła się od wręczenia mniej znaczących wyróżnień - dla twórców i aktorów seriali telewizyjnych. Takich kategorii nie ma wśród najważniejszych nagród Hollywood, czyli Oscarów, więc można je porównywać jedynie z telewizyjnymi Emmy. Choć i tu nie zabrakło gwiazd. Jeremy Irons dostał Złoty Glob za rolę w serialu o brytyjskiej królowej Elżbiecie I.

To nie jedyna królowa, która była bohaterką ceremonii. Helen Mirren zawładnęła bowiem najwyraźniej wyobraźnią widzów i krytyków. Tak bardzo, że nagrodzono ją dwukrotnie - za rolę Elżbiety I w tym samym serialu i za rolę... królowej Elżbiety II, starającej się zapanować nad monarchią w ciężkim okresie po śmierci Lady Diany w filmie "Królowa".

Wśród lżejszych propozycji nagrodzono musical "Dreamgirls", a za rolę komediową - brytyjskiego komika Sachę Barona Cohena w niezwykle szeroko komentowanej komedii "Borat".

Jak zwykle przy takich okazjach wydarzeniem dla fanów kina było przybycie gwiazd na ceremonię. Wielbiciele, którzy odpowiednio wcześnie pojawili się przed hotelem w Beverly Hills, mogli dostrzec m.in. Dustina Hoffmana, Roberta Duvalla, Penelope Cruz, a także znaną z nadawanego w Polsce serialu "Zagubieni" Evangeline Lilly. Ta ostatnia - serialowa Kate - przegrała jednak swoją szansę. Nagrodę za główną rolę żeńską w serialu zdobyła Kyra Sedgwick za "The Closer".

Przegrał też wielbiony przez wielu - także polskich - widzów serialu "24 godziny" odtwórca głównej roli Kiefer Sutherland.

W kategorii filmów animowanych wygrał za to faworyt - "Auta". Bohaterowie opowieści toczącej się wśród żywych... samochodów cieszyli się uznaniem także w Polsce.

Jeden zdobywca nagrody był znany już przed ceremonią - Warren Beatty wziął do domu statuetkę, którą uhonorowano jego dotychczasową twórczość i zasługi dla kina.

Złote Globy to nagrody przyznawane przez stowarzyszenie dziennikarzy prasy zagranicznej akredytowanych w Hollywood. Dlatego wielu krytyków uważa te wyróżnienia za odzwierciedlające prawdziwą wartość filmów i ról. W odróżnieniu od Oscarów, które często krytykowane są za schlebianie komercji.