W pamięci widzów na zawsze pozostanie trenerem Jarząbkiem z "Misia" (1980) Stanisława Barei. Jego panegiryczny monolog wygłaszany do szafy stał się jedną z najbardziej kultowych scen w całej historii naszej komedii. Do postaci Jarząbka powracał Turek jeszcze dwukrotnie - w "Rozmowach kontrolowanych" (1991) Sylwestra Chęcińskiego i w "Rysiu" (2006) Stanisława Tyma. Początkowo nie był wcale przekonany do tej roli, nie lubił jej: "Pomyślałem sobie: głupi Stasiek [Bareja] wymyślił jakiegoś idiotę śpiewającego do szafy. Ale prawdą jest, że w życiu takich ludzi spotyka się mnóstwo" - mówił.



I na tym właśnie polegał największy fenomen Jerzego Turka jako aktora. Z jednej strony idealnie potrafił niemal przezroczyście wkomponować się w tło, z drugiej z każdego tła potrafił się wybić, epizodyczną, marginalną rólkę zamienić we własny benefis. Grywał przeważnie role drugoplanowe, a jednak zapadał w pamięć. Zwyczajnością, genialnym wyczuciem własnego miejsca potrafił oswoić nawet najbardziej groteskową sytuację, obronić najbardziej nieprawdopodobną postać.


Everyman z własną twarzą

Tak było choćby w "Nie lubię poniedziałku" (1971) Tadeusza Chmielewskiego. Zagrał tam Turek zaopatrzeniowca z Sulęcic przyjeżdżającego do arszawy w poszukiwaniu dreblinek do kombajnu. W obowiązkowym bereciku z antenką, w waciaku, z żelaznym drągiem na plecach idealnie wpasowywał się w potoczne wyobrażenia, ale jednym grepsem, wplatanym w każde zdanie powiedzonkiem "kurka wodna" nadał swemu bohaterowi charakterystyczny, niezapomniany rys. To swoisty fenomen, że właśnie rola Turka jest jedną z najlepiej pamiętanych z wielkiego tłumu bohaterów "Nie lubię poniedziałku" jako wcielenie proletariackiego everymana ery gierkowskiej stabilizacji.


W "Koglu-moglu" (1988) i jego kontynuacji "Galimatiasie" (1989) Romana Załuskiego zagrał z kolei przywiązanego do tradycji wiejskiego gospodarza buntującego się przeciw wyborom życiowym własnej córki. Po raz kolejny pogodził tu typowość w stylu Pawlaka z "Samych swoich" z indywidualnym rytem nadawanym bohaterowi prostymi, ale skutecznymi i efektownymi środkami.


"Eroica", teatr i Owca

Takie emblematyczne komediowe kreacje, w których Turek z wdziękiem rozgrywał archetypiczne klisze, stały się z czasem specjalnością Jerzego Turka. Choć jego aktorskie początki były przecież całkiem inne. W kinie debiutował niewielką, zgoła niekomediową rólką w "Eroice" (1957) Andrzeja Munka. Był wtedy jeszcze studentem.

Rok później, już z dyplomem warszawskiej PWST, zadebiutował w opolskim teatrze rolą Teodora Rousseau w "Lecie w Nohant" według Iwaszkiewicza. Do końca życia cenił teatr wyżej od kina: "Film to lipa, tam nawet amator może zagrać, jak jest dobry reżyser. Zagrać 200 przedstawień na scenie tak samo - to wymaga profesjonalizmu" - mówił. W teatrze grał także głównie w repertuarze komediowym - najpierw w Syrenie, potem w Polskim, ostatnio w Kwadracie.

Niezwykle ważny był dla niego prowadzony przez Jerzego Dobrowolskiego kabaret Owca, który wspominał jako swą prawdziwą szkołę aktorstwa. Od tamtych czasów datowała się jego przyjaźń ze Stanisławem Tymem, a objawiona w Owcy vis comica wyznaczyła dalszą drogę aktorską Turka.



Tęsknota za Szekspirem

Komedia stała się jego żywiołem, ale też szufladą, z której nie udało mu się wydobyć. Niespecjalnie zresztą próbował, godząc się z własnym miejscem w szeregu wyznaczonym przez warunki i specyficzne emploi. Na początku kariery zagrał jeszcze kilka ról dramatycznych. Najwybitniejszą u Kazimierza Kutza w "Krzyżu walecznych", gdzie jako odznaczony żołnierz przyjeżdża na przepustkę do rodzinnej wsi i zastaje zgliszcza. Był znakomity, jego kreacja kontrapunktująca wiejskie korzenie, obnażająca ułudę awansu zapadała w pamięć.


Później Turek dramatyczne tęsknoty własne ogrywał już w komediowym sosie. Choćby w "Hydrozagadce" (1970) Andrzeja Kondratiuka, gdzie jako upity podstępem dróżnik recytował z natchnieniem "Niech ryczy z bólu ranny łoś. Zwierz zdrów przebiega knieje. Ktoś nie śpi, aby spać mógł ktoś. To są zwyczajne dzieje".

Ten sam patent powtórzył potem jeszcze w serialu "Podróż za jeden uśmiech" (1971) Stanisława Jędryki. Tym razem jako zakochany w Szekspirze kierowca ciężarówki deklamował tę samą frazę z "Hamleta", nie mogąc przypomnieć sobie dalszego ciągu.


Od "Gdzie jest generał" (1963), gdzie zagrał jedną z niewielu w karierze głównych ról - żołnierza ofermy, biorącego przez przypadek do niewoli niemieckiego generała, stał się już aktorem zaszufladkowanym, obsadzanym z klucza w rolach dobrodusznych poczciwców. Ponoć sam taki był.




Słynął z poczucia humoru, pogody ducha, autoironii. Takim pokochała go publiczność serialu "Złotopolscy", w którym od 1997 roku grał listonosza Józefa Garlińskiego.

W ubiegłym roku przeszedł udar mózgu. Kiedy wiadomość o jego chorobie wyszła na światło dzienne, dostawał całe stosy listów od zatroskanych wielbicieli "Złotopolskich". Sam żartował, że jest jedynym na świecie listonoszem, który dostaje listy, zamiast je roznosić...