W światłach jupiterów nie ma nic ciekawego
Grażyna Trela, pierwsza seksbomba kina lat 80., od wielu lat zajmuje się pisaniem scenariuszy. "Kulturze" opowiedziała o planowanym debiucie reżyserskim, Jerzym Jarockim, Marku Grechucie i "Mojej krwi", filmie, który na podstawie jej tekstu nakręcił Marcin Wrona.
- "Uwikłani"
- "Moja krew" - amerykańskie kino po polsku
- Najgorętsze premiery filmowe 2010 roku
- 10 najbardziej pożądanych seriali 2009 r.
- "Amelia Earhart"
- "Dom zły" pokonał już "Wesele"
- "Kołysanka"
- Matura bez bólu >>
Pogoda
POLSKA
Wtorek 2012-05-22

temp. min 9°C max. 30°C
opady:
niewielkie opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Aktorka filmowa u szczytu popularności rezygnuje z zawodu i staje się rozchwytywaną scenarzystką. To nie jest treatment nowego filmu Almodóvara, tylko twoje życie…
Grażyna Trela: Nic nie wydarzyło się nagle. Jako aktorka pracowałam bardzo intensywnie. Za dużo. Prosto ze spektaklu w Starym Teatrze jechałam nocnym pociągiem na plan filmowy do
Łodzi, Wrocławia, Warszawy. Potem z planu filmowego wracałam na próbę do teatru, nocami był kabaret - połowę życia spędzałam w pociągach, w biegu, w łódzkim Grand Hotelu. Poczułam, że
znalazłam się na jakimś zakręcie, w klinczu. I właśnie wtedy pomyślałam, że może to najlepszy moment, żeby trochę zwolnić i wrócić do tego, co było najpierw, przed aktorstwem: do
pisania.
Pisania?
Tak, sporo pisałam jako nastolatka. Opowiadania, krótkie formy beletrystyczne. Oczywiście do szuflady, dla siebie. Teraz wróciłam do tego - sam na sam z komputerem, od razu poczułam się
lepiej. Przez cztery lata pisałam do autorskiej rubryki w miesięczniku „Film”, potem wydałam zbiór opowiadań „Dobry mężczyzna to martwy mężczyzna”,
wreszcie zaczęłam poważnie myśleć o pisaniu scenariuszy, a w dalszej perspektywie o reżyserii.
Kilka razy podpatrywałem cię w tak zwanych sytuacjach publicznych. Zaskoczyło mnie, że jesteś do tego stopnia schowana, starasz się być wręcz niewidzialna: żadnych jupiterów, kamer,
błyszczących sukni z tafty.
To mnie nudzi. W światłach jupiterów nie ma nic ciekawego. Nie potrzebuję tego. Zamknięcie etapu aktorskiego pociągnęło za sobą wiele konsekwencji. Chodzi o proces mentalny. Definitywnie
pozbyłam się pewnych zewnętrznych cech, które kojarzą się z aktorstwem: koniecznościi autoprezentacji, brylowania na salonach, strojenia – sukienek i min. Nigdy tego nie lubiłam. A
teraz mam to, czego potrzebuję – komfort myślenia w ciszy. Mogę długo zastanawiać się nad jednym napisanym w scenariuszu zdaniem, nad jednym słowem. Okazuje się, że bardzo tego
potrzebowałam.












































Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!