"Templariusze. miłość i krew"
(aka "Arn – Tempelriddaren")
Dania/Finlandia/Niemcy/Norwegia, Szwecja/Wielka Brytania 2007; reżyseria: Peter Flinth; obsada: obsada: Joakim Natterqvist, Stellan Skarsgard, Sofia Helin; dystrybucja: Kino Świat; czas: 139 min; Premiera: 25 grudnia; Ocena 3/6


Magdalena Michalska o filmie:

Zrobiony z epickim rozmachem film ma bowiem fabułę tak błahą i niewciągającą, że nawet największy budżet nie uratowałby jej przed porażką. Oto wychowany w zakonie, świetnie wykształcony i biegle władający mieczem Arn Magnusson powraca w rodzinne strony. Na miejscu zastaje skłócone książęce rody walczące o władzę. Jego obecność jeszcze bardziej komplikuje napięte stosunki miedzy skandynawskimi klanami – pokonując w pojedynku ulubionego rycerza króla, naraża swoją rodzinę na niebezpieczeństwo, a uwodząc piękną dziewczynę obiecaną innemu mężczyźnie, skazuje ją na lata zamknięcia klasztorze, a sam zostaje wygnany. W filmie Petera Flintha śledzimy 20 lat z życia Arna wysłanego do Jerozolimy, by w szeregach zakonu templariuszy bronił świętego miasta przed armią Saladyna i losy jego ukochanej, znoszącej upokorzenia z rąk nadgorliwie wymierzającej kary zakonnic. Film miał wszelkie dane, by odnieść sukces. Powstał na podstawie bestsellerowego cyklu powieści Jana Guillou, którego proza była już z powodzeniem przenoszona na ekran (sześć lat temu Mikael Hafstroem dostał nominację do Oscara za ekranizację jego „Zła”). Poruszał się też w kręgu tematów łatwo wabiących do kin widzów: tajemnicy zakonu templariuszy i niemożliwej miłości. Nie wykorzystał jednak potencjału tych tematów.


Może to trochę wina pierwowzoru literackiego. Ostatnimi czasy bowiem pisarze, rozochoceni sukcesami Dana Browna, wyżej niż historyczną prawdę stawiają spiskowe teorie i nowe sensacyjno-atrakcyjne spojrzenie na nieoczywiste kart historii. Na tym tle cykl powieści o rycerzu Arnie Magnussonie jest napisany bardzo po bożemu. Ot, proste czytadło o namiętności, zdradzie, rozdzielonych kochankach rzucone na atrakcyjne historyczne tło: walki o władzę i zjednoczenie królestwa Szwecji oraz wyprawy krzyżowe. Właściwie nie ma tu żadnego napięcia, od początku jesteśmy przekonani, że mimo wszelkich przeciwności parze się uda. Bohater jest tak rozsądny, prawy i mądry, że nie wierzymy, by w sztuce wojny lub miłości mógł zrobić choć jeden fałszywy ruch. Nie ma też historycznego pazura, z jakim – by sięgnąć po pierwszy z brzegu przykład – byli napisani i zekranizowani „Królowie przeklęci”, francuska saga historyczna, którą otwiera likwidacja zakonu templariuszy przez Filipa Pięknego. „Templariusze. Miłość i krew” nie odsłaniają żadnej nieznanej czy niewystarczająco wcześniej opisanej kary historii. Stosunki w pogrążonej w walkach Jerozolimie – ze szlachetną postacią Saladyna marzącego o ekumenicznym pokoju na świecie – rozgrywają podobnie jak w „Królestwie niebieskim” Ridleya Scotta. Do tego oferują nam postaci tak płaskie jak ze średniowiecznego moralitetu.

Na pochwały, choć nie bez zastrzeżeń, zasługuje na pewno wizualna warstwa filmu. Sceny batalistyczne są wystawne, naturalistycznie przerażające i zrobione z dużym rozmachem. Nie grzeszą sztucznością komputerowych efektów, krew leje się przekonująco, a gdy nad polem bitwy szybują strzały wrogich armii, na chwilę widz wstrzymuje oddech. Zabrakło chyba jednak budżetu na charakteryzację – bohaterowie, zwłaszcza kobiety, przez 20 lat właściwie wyglądają identycznie.

Powstał epos rycerski zrobiony z epickim rozmachem, ale budzący tyle emocji, ile szkolna lektura „Pieśni o Rolandzie”. Trochę to mało dla wszystkich, którzy w kinie chcieliby zobaczyć coś więcej niż kilka minut bitew.