"Mikołajek" (aka "Le Petit Nicolas")
Francja 2009; Reżyseria: Laurent Tirard; Obsada: Maxime Godart, Vincent Claude, Kad Merad, Valerie Lemercier; Czas: 90 min; Dystrybucja: Forum Film; Premiera: 4 grudnia; Ocena 4/6


Bałem się, że na ekranie cała magia opowiadanek o Mikołajku wyparuje, roztopi się w przyrodzonej poniekąd kinu dosłowności. Na szczęście udało się jej ocalić akurat tyle, by wystarczyło na półtorej godziny familijnej rozrywki, tak jak trzeba staroświeckiej, a jednocześnie potrafiącej trafić do współczesnej dziecięcej widowni.

O sile książeczek z Mikołajkiem stanowiły dwie rzeczy. Po pierwsze wręcz perfekcyjnie oddany sposób rozumowania dziecka. Po drugie takie interpretowanie z tej perspektywy świata dorosłych, które przydaje ich zachowaniom zupełnie inny od prawdziwego sens. Magia tych tekstów zasadzała się zatem w języku nadającym dziecięcą niezwykłość zwyczajnej codzienności - szkolnym perypetiom, piknikowi w lesie, sprzątaniu mieszkania, wigilijnemu przyjęciu, zakupom, zabawom na opuszczonym placu. Książki i owszem dostarczyły gotowych komicznych scen, ale zlepienie ich w jakąś spójną narrację, a przy tym niezagubienie ducha dziecięcej naiwności, językowej specyfiki było dla zespołu scenarzystów dowodzonego przez Alaina Chabata nie lada wyzwaniem.

Poradzili sobie niezgorzej. Wymyślili prostą historyjkę o tym, jak Mikołajek (dziesięcioletni Maxime Godart), podsłuchawszy rozmowę rodziców (Valérie Lemercier i Kad Merad), opacznie wnioskuje, że będzie miał braciszka, a jego wszyscy przestaną kochać i porzucą w lesie. W plan ratowania swojej pozycji w domu wtajemnicza wszystkich kolegów, co kończy się rzecz jasna całą serią zabawnych perypetii. Wystarczyło.




Bo w tym szkielecie zmieściła się cała mikołajkowa specyfika odbicia codzienności w dziecięco naiwnym zwierciadle. Rozpoznajemy konkretne książkowe scenki, a te wymyślone zachowują ducha oryginału. Tata Mikołajka, aby dostać awans i podwyżkę zaprasza szefa na kolację, mama chce zrobić prawo jazdy, a sam Mikołajek wymyśla, kim zostanie, gdy dorośnie, bo musi napisać wypracowanie. Ot, zwyczajność oprawiona w niezwyczajne ramy. W tle zaś mamy znaną z opowiastek galerię postaci: żarłocznego Alcesta, bogatego Godfryda, kujona Ananiasza, nieuka Kleofasa, osiłka Euzebiusza. Nie mogło oczywiście zabraknąć woźnego Rosoła, sąsiada Bledurta, no i Jadwigi, przy której Mikołaj robi się dziwnie nieśmiały.

Zadziwiająco dobrze obroniło się osadzenie akcji w oryginalnym czasie przełomu lat 50. i 60. Patriarchalny model rodziny, w której tata pracuje, zarabia, a mama prowadzi dom, ale chciałaby czegoś więcej, to w gruncie portrecik ówczesnej klasy średniej z aspiracjami awansu. Satyryczny, ale zarazem poczciwie konserwatywny, z nostalgią powracający do czasów, w którym wszystko było poukładane i zanim studencka rewolta 1968 roku zanegowała ten porządek. Reżyser zdaje się mówić, że choć zmieniły się czasy, szkoła, rodzina, to dzieci pozostały w gruncie rzeczy takie same. Tyle że zamiast w ruletkę grają na Playstation. I do dzisiaj czytają komiksy o Asteriksie, który pojawia się tutaj na gościnnych występach. Krzepiący jest ten film, zabawny, bliski lekturowym wyobrażeniom, lekko żonglujący familijnymi i przygodowymi konwencjami. No i ma to coś - anachroniczny urok, który decyduje o tym, że filmowy mikrokosmos wypełnia się niecodzienną aurą swojskości. Obecną od początkowych napisów zakomponowanych w formę przestrzennej książeczki.

Książeczek o Mikołajku więcej już chyba nie będzie. Szuflada Goscinnego nie jest bez dna. Ale kolejny film o Mikołajku mógłby powstać. Bo Mikołajek, choć skończył 50 lat, wcale się tak bardzo nie zestarzał, jest ciągle młody. I ciągle ma o czym opowiadać.