Lato 2018. Francja wygrywa z Chorwacją w finale piłkarskich mistrzostw świata. Pod paryskim Łukiem Triumfalnym tysiące gardeł intonuje "Marsyliankę". Odziani w trójkolorowe flagi imigranci z przedmieść wiwatują wraz z policjantami na cześć zdobywców bramek, urodzonych już w Republice Paula Pogby pochodzenia gwinejskiego i Kyliana Mbappé o kameruńskich korzeniach. Dziś wszyscy bez wyjątku są dumnymi Francuzami. Dopiero jutro przypomną sobie o codziennych podziałach. Dziś wszyscy skaczą z radości. Dopiero jutro skoczą sobie do gardeł.

Reklama

Intensywny początek filmu jest jak z Hitchcocka: trzęsienie ziemi, a potem napięcie tylko rośnie. Jednak przede wszystkim reżyser od progu zaszczepia w nas myśl, jak rzadko, jako społeczeństwo, tworzymy prawdziwą wspólnotę. We Francji czy gdziekolwiek indziej. W końcu zwycięski mundial nawet przy pomyślnych wiatrach trafia się raz na pokolenie.

Dużo częściej dochodzi do rozruchów - czy to stadionowych, powodowanych emocjami kibicowskimi, czy antyrządowych w coraz częstszym towarzystwie kontrkulturowych. Jak zamieszki w Montfermeil (a potem w całym kraju) sprzed kilkunastu lat, które zainspirowały Michela Houellebecqa do napisania zjadliwie dystopicznej "Uległości" o Francji, w której rządy przejęło Bractwo Muzułmańskie. I które zainspirowały Ladja Ly do nakręcenia "Nędzników".

Początkowo Ly planował zrealizować uwspółcześnioną ekranizację książki Hugo i powplatać w nią wątki autobiograficzne, w tym udokumentowanie brutalności mundurowych, których kiedyś udało mu się z ukrycia nagrać i w efekcie doprowadzić do ich zawieszenia.

Ostatecznie ten incydent posłużył za oś fabuły tak pełnego debiutu nagrodzonego w Cannes, jak wcześniejszej krótkometrażówki o tym samym tytule, ale już adaptacja jest jedynie "metaforyczna". W filmie pojawiają się zawoalowane i jawne nawiązania do powieści, niemniej bohaterowie i ich historie są napisane od podstaw. Głównym łącznikiem pozostaje Montfermeil, ta sama okryta złą sławą dzielnica, z której wywodzą się tytułowi nędznicy z dzieła Hugo i w której wychował się reżyser.

Klasyczna literatura nie wydaje się tu zresztą jedyną inspiracją. Starcia młodzieży z policją, zróżnicowane etniczne pierwszoplanowego tercetu, hiphopowy klimat - wszystko to w dużej mierze powtórka kultowej "Nienawiści" Mathieu Kassovitza. Zbiorowy portret wzajemnych uprzedzeń i mozaika splatających się losów przywodzi na myśl oscarowe "Miasto gniewu" Paula Haggisa. Motyw nowego gliniarza na rewirze przypomina "Dzień próby" Antoine'a Fuquy. Dorastanie w getcie filmowane w paradokumentalnym stylu ma prawo się kojarzyć z brazylijskim "Miastem Boga" Fernanda Meirellesa - tak, były czasy, gdy twórca "Dwóch papieży" robił niezwykle mocne, gniewne kino.

Przykłady filmów o częściowo podobnej treści lub formie można mnożyć: "Kolory" Dennisa Hoppera, "Policja" Rona Sheltona, "Ślepy zaułek" Spike'a Lee. Nade wszystko zaś arcydzielne "Rób, co należy" tego ostatniego, gdzie akcja również rozgrywa się podczas najgorętszego dnia lata i także doprowadza do wrzenia w wieloetnicznym tyglu. "Nędznicy" osiągają niemal taką temperaturę, jak "Rób, co należy" - i trudno o większy komplement dla każdego za kamerą, a co dopiero debiutanta.

We francuskim filmie doświadczona komendantka przepowiada, że rekordowe upały ostudzą emocje dzielnicy. Tym razem jednak intuicja ją zawodzi i następuje konfrontacja Romów z Afrykanami, radykalni muzułmanie występują w roli rozjemców, a pośród tego wszystkiego miotają się policjanci o statusie oscylującym od katów do ofiar, zależnie od okoliczności. Są też dzieciaki, jak niespokojny, co rusz pakujący się w kłopoty Issa oraz alter ego reżysera, gamoniowaty okularnik Buzz (przypominający wizualnie Buggina granego przez Giancarla Esposita w "Rób, co należy"), który nagrywa dronem wstrząsającą interwencję stróżów prawa. Istne szaleństwo.

Teoretycznie nagromadzenie tylu klisz nie powinno ani działać tak dobrze, ani wyglądać tak świeżo. A jednak metoda młodego reżysera, by szkielet thrillera policyjnego obudować mięsistym realizmem społecznym, nadaje filmowi nadzwyczajnego charakteru. I choć główni bohaterowie wyglądają na chodzące stereotypy - dobry glina, zły glina i rozdarty - są do bólu autentyczni, zarówno przez wzgląd na rewelacyjne aktorstwo, jak i bezbłędne wpisanie ich w fabularny krajobraz; dwóch z nich ma imigranckie pochodzenie, a przynależność klasowa determinuje ich los i wybory w niewiele mniejszym stopniu niż dzieciaków z drugiej strony barykady.

Można się zastanawiać, czy w tym spojrzeniu na Montfermeil w ogniu właściwą decyzją było przyjęcie perspektywy białego przybysza z odznaką, zamiast - jak u Spike'a Lee czy Kassovitza - chłopaków z sąsiedztwa. Ale ten zarzut łatwo da się wybronić, bo raz, że takiego rozwiązania wymagała po prostu paralela z "Nędznikami", dwa - dystans bohatera czyni z niego idealne "oko widza". Przy czym, co istotne, reżyser - jako osoba ściśle z wewnątrz, Francuz pochodzenia malijskiego - ani przez moment nie pozwala sobie na protekcjonalny ton znany z bardziej "intelektualnych" filmów w temacie, jak "Ukryte" Michaela Hanekego czy niedawny "Młody Ahmed" braci Dardenne.

W rezultacie otrzymujemy surowe kino ulicy, duchowy ni to sequel, ni to remake klasyka Hugo, film gatunkowy i interwencyjny w jednym. Ponadczasowy, a zarazem perfekcyjnie trafiający w zeitgeist, rezonujący z narastającą furią "czarnych kamizelek" z francuskich przedmieść, ale i gniewem wykluczonych pulsującym pod tkanką całej Europy.

Czy zatem "Nędznicy" mogą się realnie przyczynić do przebudzenia prezydenta Macrona i innych europejskich przywódców? Odpowiedź może kryć się we wspomnianej "Uległości", w której "sprawę przemocy na przedmieściach i zamieszek międzyetnicznych zamieciono pod dywan", zaś "większość ludzi wyglądała na znużonych tematem". Bohater "idąc (...) na wydawany raz na trzy miesiące koktajl" wiedział już, "że zamieszki w Montfermeil wzbudzą niewiele komentarzy, nie więcej niż ostatnie debaty przed pierwszą turą wyborów prezydenckich".

"Ludzie żyjący w określonym systemie społecznym prawdopodobnie nie potrafią sobie wyobrazić punktu widzenia tych, którzy niczego od systemu nie oczekując, planują jego zniszczenie", pisał Houellebecq - i to smutne zdanie bardzo pasuje tak do filmu, jak i jego mocy sprawczej. Co nie znaczy, że nie potrzebujemy takich "Nędzników"-sygnalistów częściej niż raz na 150 lat.

Reklama

"Nędznicy", Francja 2019, reż. Ladj Ly, dystrybucja: M2 Films