Film otwiera ujęcie wzburzonego morza. "Ocean stale próbuje cię zabić. Bezustannie", dobiega głos spoza kadru. Należy do Tracy Edwards, byłej żeglarki, która dziś wygląda jak młodsza siostra Judi Dench (i jest podobnie charakterna!), a przed trzydziestu laty, jako młoda buntowniczka o zaciętych ustach i pochmurnym spojrzeniu, skompletowała pierwszą kobiecą załogę w dziejach prestiżowych regat Whitbread i opłynęła świat. Po drodze zmagała się nie tylko ze wspomnianym zabójczym oceanem, ale także, a może nawet przede wszystkim z nieprzychylną prasą sportową, nieufnymi sponsorami i całą nieprzejednanie mizoginiczną branżą żeglarstwa wyczynowego.

Historia Edwards to historia kobiety, która chciała coś udowodnić - światu i sobie. Historia niezwykłej determinacji, przełamywania barier i wojny płci - morska wersja tenisowego pojedynku Billie Jean King z Bobbym Riggsem.

Wczesne losy bohaterki mogłyby posłużyć za scenariusz filmu Andrei Arnold - z okresu "Fish Tank", nie "Wielkich kłamstewek". Była szczęśliwym angielskim dzieckiem, kiedy ojciec nagle zmarł na atak serca. Matka ponownie wyszła za mąż i rodzina przeprowadziła się do Walii. Ojczym okazał się alkoholikiem i damskim bokserem. Wtedy zaczęły się kłopoty. Wielokrotnie wydalana ze szkoły, nastoletnia Tracy nie przystąpiła do egzaminów, lecz ruszyła w świat z grupą podobnych jej wyrzutków.

Pierwszą pracę znalazła jako hostessa na jachcie wycieczkowym do Grecji. Od razu połknęła bakcyla żeglarstwa. Tam też dowiedziała się o zawodach Whitbread oraz zawarła bardzo wpływową i bardzo nietypową znajomość, nie tylko jak na dziewczynę z klasy niższej - z królem Jordanii Husajnem. To ponoć on przekonał ją, by nie rezygnowała z marzeń o podbijaniu oceanów.

Po powrocie do kraju postanowiła działać. Odsyłana z kwitkiem od jednego kapitana łodzi wyścigowej do drugiego ("Dziewczyny są potrzebne, kiedy zawijamy do portu", słyszała), wreszcie wybłagała fuchę kucharki. "Traktowali mnie jak służącą", wspomina po latach. Dodaje, że usilnie próbowała się wkupić w łaski załogi, ale nigdy tak naprawdę nie czuła się jej częścią. Kiedyś znalazła przyczepioną do bielizny kartkę: "Na sprzedaż za skrzynkę piwa". Nie zamierzała jednak się żalić. Zresztą, komu miałaby? Była tylko jedną z czterech kobiet wśród wśród 230 załogantów regat Whitbread, z czego każda pełniła funkcję kucharki lub sprzątaczki. Zamiast wylewać łzy, zakasała rękawy. Zdecydowała, że w następnych zawodach weźmie udział już jako szyperka - na czele zespołu złożonego wyłącznie z kobiet.

Ku jej zaskoczeniu, chętnych nie brakowało. Rekrutacja poszła sprawnie - mniej lub bardziej doświadczone żeglarki, lekarka, przyjaciółka z dzieciństwa do gotowania (i filmowania, dzięki czemu możemy teraz podziwiać sceny sztormu trzymające w napięciu niczym najlepszy obraz katastroficzny). Dużo większy problem stanowiło znalezienie łodzi.

Sponsorzy nie byli zainteresowani. Odrzucał ich sam "kuriozalny" pomysł ściśle "babskiej" wyprawy, ale także - co w filmie nie pada wprost, lecz da się wyczytać między wierszami - status społeczny Edwards, wyraźnie kontrastujący z bogatym światkiem żeglarstwa regatowego.

Tracy, cały czas pełna wątpliwości, czy podoła wyzwaniu, postawiła wówczas wszystko na jedną kartę. Zastawiła dom i kupiła używaną, mocno zdezelowaną łajbę, którą następnie wraz z nowymi koleżankami własnoręcznie wyremontowały. Mimo to na ostatniej prostej funduszy zabrakło. Wtedy z pomocą przyszedł król Husajn i tak Maiden, sponsorowana przez Królewskie Jordańskie Linie Lotnicze, mogła wyruszyć w dziewiczy rejs.

W międzyczasie media nie ustawały w spekulacjach, czy Maiden zawróci z dziewięciomiesięcznej eskapady po tygodniu, czy może już po jednym dniu. Przyjmowano zakłady, kiedy "babeczki na blasze", jak brzmiał jeden z seksistowskich nagłówków, się pokłócą i jak długo ze sobą wytrzymają na pełnym morzu. Podczas gdy facetów pytano o przygotowanie fizyczne i różne technikalia, w kontekście załogi Maiden prasę interesowało, czy "dziewczęta" będą się w trakcie podróży malować.

Tuż przed rejsem jeden z reporterów zapytał Edwards, czy jest feministką. "Nienawidzę słowa feministka", odparła. "Chcę po prostu móc robić to, na co mam ochotę". Jednak kilka scen później obecna bohaterka patrzy na swoją postawę sprzed lat już z zupełnie innej perspektywy. "Cała ta agresja wobec Maiden uświadomiła mi, że chyba jednak jestem feministką", śmieje się. "Rozpoczęłam walkę, z której nawet nie zdawałam sobie sprawy".

Kiedy Maiden nabiera wiatru w żagle, widz uświadamia sobie, że słowa z początku o oceanie jako śmiertelnym zagrożeniu nie były przesadzone. Trasa wiedzie między innymi przez lodowce, wśród których łatwo utknąć. Pogoda jest kapryśna, załogantki co rusz muszą przypinać się linami, żeby fale nie zmyły ich z pokładu. Doniesienia radiowe o śmierci konkurenta, który wypadł za burtę, zdecydowanie nie pomagają.

Maiden przegrywa pierwszy etap wyścigu, ale na lądzie panuje ogólne zdumienie, że kobietom w ogóle udało się go ukończyć. Kiedy niespodziewanie triumfują na drugim etapie, zdziwienie rośnie, ale wciąż jest to poczytywane jako fart. Dopóki nie wygrywają ponownie...

Śledzi się te zmagania z żywiołem, kapitanie zmontowane z archiwalnych materiałów przez Katie Bryer, z rosnącą ekscytacją. Ale z równym zainteresowaniem - co już nietuzinkowe jak na dokument - słucha się tutejszych "gadających głów". Bohaterki, dziś w średnim wieku, z ujmującą jak rzadko pasją opowiadają o przygodzie swojego życia. W ich oczach wciąż jest ten sam błysk, co w roku 1989. I ta sama duma z dokonania niemożliwego.

Film Alexa Holmesa pięknie opowiada o kobiecej współpracy, siostrzeństwie, feminizmie jako takim - jak wyglądał przed trzydziestoma laty i jak prezentuje się obecnie. W jednej ze scen załogantki postanawiają zakpić z seksizmu i tuż przed wpłynięciem do portu wskakują w kostiumy kąpielowe. Jak na ironię, dostarczają tym samym amunicji przeciwnikom, a ich fotografia w opalaczach zostaje najpopularniejszym zdjęciem sportowym roku. "To nie było zbyt przemyślane zagranie", reflektuje się Edwards.

W innej scenie, nie mniej ujmującej, kiedy ląd majaczy na horyzoncie, kobiety wyjmują maszynki i zaczynają golić nogi. Wymowa jest symboliczna: na morzu mogą być tak naprawdę sobą, nikt ich do niczego nie zmusza, nikt ich nie ocenia. Presja społeczna zaczyna się dopiero wraz z zejściem na ziemię.

Załoga Maiden ostatecznie nie wygrała całego wyścigu, ale Tracy Edwards, uznana za żeglarkę roku, udowodniła nie tylko światkowi żeglarskiemu, że kobiety mogą konkurować z mężczyznami jak równy z równym. Z jej doświadczeń płynie prawdziwie inspirująca lekcja odwagi i determinacji - dla wszystkich kobiet i dziewczynek, ale i dla każdego pasjonata, który marzy o dokonaniu czegoś niezwykłego - w skali świata czy własnego podwórka.

"Maiden", Wielka Brytania 2018, reż. Alex Holmes, dystrybucja: Gutek Film