Prolog. Rok 1986, miejscowość wypoczynkowa Santa Cruz, Kalifornia. Czarna rodzina w lunaparku. Ojciec wygrywa dla córki nagrodę w loterii. Dziewczynka wybiera T-shirt z wizerunkiem Michaela Jacksona z planu "Thrillera". "Oby tylko nie miała koszmarów", zauważa matka.

Taką sceną, trochę śmieszną, trochę straszną, a na pewno zdumiewająco profetyczną (Peele kręcił film na długo przed premierą dokumentu "Leaving Neverland"), rozpoczyna się nowy spektakl grozy reżysera "Uciekaj!". A potem Adelaide, jak ma na imię dziewczynka, kieruje kroki do domu strachów z gabinetem luster. Napięcie rośnie.

Cięcie. Czasy współczesne. Dorosła Adelaide (Lupita Nyong'o, laureatka Oscara za "Zniewolonego", ostatnio "Czarna Pantera") wraca do Santa Cruz na rodzinne wakacje z mężem (Winston Duke, fenomenalny M'Baku z "Czarnej Pantery") i dwójką dzieci (Shahadi Wright Joseph i Evan Alex). Wbrew kalifornijskiej aurze coś niepokojącego wisi w powietrzu.

Sytuacja eskaluje, gdy następnego wieczora na podjeździe domu letniskowego wczasowiczów zjawiają się cztery tajemnicze postaci o ewidentnie złych zamiarach. Zwastuny popsuły tu niestety niespodziankę, zdradzając tożsamość agresorów - to doppelgängery, złe sobowtóry całej rodziny. Z drugiej strony, pojawiają się w fabule na tyle wcześnie, że trudno mówić o bezspornym nadużyciu, chyba że ktoś cierpi na wyjątkową spoilerofobię. Ale lepiej nie wiedzieć nic więcej.

Twórcy nie chodzi oczywiście o kolejny prosty thriller o napadzie na dom. Jak w najlepszych odcinkach kultowej "Strefy mroku", nad której remakiem Peele właśnie pracuje, w "To my" groza łączy się z błyskotliwym komentarzem społecznym, niepozbawionym wszak zacięcia satyrycznego - w końcu reżyser wywodzi się ze sceny komediowej, co też pracowało na element zaskoczenia przy jego olśniewającym debiucie. Zarazem "To my", zgodnie z zapowiedziami samego Peele’a, jest filmem dalece bardziej uniwersalnym niż skoncentrowane na temacie rasy "Uciekaj!".

Myśl przewodnią filmu - każdy jest swoim największym wrogiem - trudno uznać za odkrywczą, tym bardziej że Peele sprzedaje ją bardzo dosłownie. Podobnie jak motyw potwora z lustra rodem z "Candymana" - kolejnego "czarnego" klasyka, którego Peele zamierza reanimować. Ale to wszystko to tylko naskórek, pod którym kryją się amerykańskie mitologie, łamane są tabu i wręcz roi się od rozmaitych kontekstów. Peele nie jest tylko dobrym scenarzystą (Oscara za "Uciekaj!" dostał właśnie za tekst) i inscenizatorem, jest reżyserem z prawdziwego zdarzenia, który doskonale czuje medium i jednym kadrem potrafi częstokroć przekazać więcej niż inni twórcy kilkoma dialogami.

To nie przypadek, że oryginalny tytuł filmu brzmi "Us", dokładnie jak akronim U.S. - United States. Bo "To my" nade wszystko jest o Ameryce. O dzisiejszej Ameryce epoki strachu przed obcymi, ale też o Ameryce w ujęciu historycznym - jako kraju zbudowanym na wyzysku i krwi niewolników. O Ameryce post-Wietnamskiej i jej straconym, zapomnianym pokoleniu. "Epoka Reagana stworzyła w Ameryce liczącą miliony ludzi podklasę - żyjącą w nędzy, zaludniającą więzienia, pozbawioną perspektyw", mówił ekonomista prof. Jeffrey Sachs w wywiadzie dla "Polityki" w 2009 roku. "Nawet w latach wzrostu gospodarczego ta podklasa rosła. Amerykanie do tego stopnia nie chcieli jej widzieć, że w trzech prezydenckich debatach zeszłorocznej kampanii słowa nędza i biedni nie padły ani razu. Nędza jest niewidoczna, a biedni są bezsilni. Głosy dające zwycięstwo należą do klasy średniej", dodawał.

Do tej samej uprzywilejowanej klasy średniej należą bohaterowie Peele'a. I wbrew popkulturowym schematom są nimi Afroamerykanie, co czyni całą alegorię klasizmu jeszcze bardziej zniuansowaną. Kiedy wiedzie się wygodne i beztroskie białe" życie, łatwo zapomnieć o milionach pobratymców cierpiących z powodu głodu i uprzedzeń dużo gorszych niż rasowe mikroagresje z "Uciekaj!". Pamiętne "sunken place" z tamtego filmu, otchłań dla czarnych nieprzystających do społecznej "normy", zostaje w "To my" rozciągnięte na całą Amerykę, niezależnie od rasy. Pod powierzchnią kraju wciąż pulsują niezabliźnione rany - Peele świetnie wykorzystuje tu też symbolikę systemu kanałów i sieci przerzutowych z czasów niewolnictwa, mieszając fikcję z rzeczywistością niczym Colson Whitehead w nagrodzonej Pulitzerem "Kolei podziemnej".

Jednocześnie jest coś uwznioślającego w filmie stawiającym w centrum wydarzeń uprzywilejowaną czarną rodzinę o ciemnej karnacji, bez wyjątku. W dodatku na czele zarówno walki o przetrwanie z jednej strony, jak i rewolucji "po drugiej stronie lustra", stoi czarna kobieta - pozornie krucha, lecz tak naprawdę silna i zdeterminowana jak nikt inny, z jej zwalistym partnerem włącznie. Tylko ona może ocalić Amerykę.

I choć wszystkie role robią tu niemałe wrażenie, ze szczególnym wskazaniem na aktorów dziecięcych oraz drugoplanową Elisabeth Moss ("Opowieść podręcznej"), film należy do Lupity Nyong'o, raz to uroczej, raz to przerażającej; hipnotycznej w każdym ze swych dwóch wcieleń.

Wyjątkowe słowa uznania należą się także fachowcom od innych składowych - zdjęcia Mike'a Gioulakisa ("Coś za mną chodzi") i muzyka Michaela Abelsa ("Uciekaj!") wydatnie pracują na sugestywny klimat filmu. Nie wiem, czy to w umyśle kompozytora, czy reżysera zrodził się pomysł na przerobienie imprezowego klasyka hiphopowego "I Got 5 On It" Luniz na motyw z horroru, ale wyszło niesamowicie. Podobnie jak scena masakry białych ludzi w rytm... "Fuck tha Police" N.W.A. Coś wspaniałego na swój pokręcony sposób.

Koniecznie wybierzcie się na horror Peele'a, a po powrocie z kina nie bójcie się spojrzeć w lustro. Specyficzne amerykańskie doświadczenie swoją drogą, ale w aspekcie uniwersalnym to film także o was. O nas.

"To my", USA 2019, reż. Jordan Peele, dystrybucja: UIP