Punktem wyjścia znowu jest żałoba. Młoda Amerykanka Dani w jednej chwili traci rodziców i siostrę. Tragedia na powrót zbliża ją z jej chłopakiem Christianem, z którym od pierwszych scen filmu ewidentnie jej się nie układa. Trudno jednak o rozstanie w tak dramatycznym momencie, dlatego też dziewczyna postanawia złapać oddech w inny sposób i decyduje się na wakacyjny eurotrip (to wyraźnie motyw przewodni w tym sezonie, vide "Spider-Man: Daleko od domu"), niwecząc tym samym kumplom Christiana ze studiów plan "męskiego wypadu".

Celem wyprawy jest odcięta od świata wioska Hårga na szwedzkiej prowincji Hälsingland (to autentyczne lokacje), gdzie właśnie rozpoczyna się specyficzny dziewięciodniowy festiwal, obchodzony raz na 90 lat w trakcie dnia polarnego. Ponętne Szwedki z kwiatami we włosach, grzybki halucynogenne na powitanie i tańce w sielskich sceneriach - amerykańscy chłopcy mają pełne prawo sądzić, że trafili do raju, a i wycofana Dani wygląda na oszołomioną wrażeniami. Jednak pozornie niewinne obrzędy tubylców stopniowo przybierają coraz bardziej niepokojący obrót.

To oczywiście schemat przećwiczony już w dziesiątkach slasherów: zagubiona dziewczyna, jej arogancki chłopak, przemądrzały nerd i napalony prześmiewca ruszają beztrosko poza miasto, wprost w objęcia Zła. Aster przerabia jednak tę sztampę na własną modłę, łącząc amerykańskie wzorce grozy z folkowym horrorem okultystycznym spod znaku brytyjskiego "Kultu" Robina Hardy'ego oraz mistyczną psychodramą à la "Piknik pod Wiszącą Skałą" Petera Weira. Tak musiałyby wyglądać "Wzgórza mają oczy" w reżyserii Bergmana.

Na niesamowity klimat "Midsommar" pracują przede wszystkim słoneczne, chwilami wręcz prześwietlone zdjęcia Pawła Pogorzelskiego, skrajnie kontrastujące z robotą polskiego operatora w mrocznym "Dziedzictwie". Ale znakomita jest też scenografia bazująca na wiejskiej architekturze skandynawskiej, jak również muzyka The Haxan Cloak, oparta na dysonansie między łagodnym folkiem a dark ambientem.

Nie dziwi, że "Midsommar" zachwycił Jordana Peele'a, który identycznie jak Aster wstrząsnął światkiem filmowego horroru mocnym debiutem - "Uciekaj!" sprzed dwóch lat - by w tym roku potwierdzić swój kunszt kongenialnym "To my". Mimo wielu rozbieżności i odmiennego stylu, "Midsommar" łączy z "Uciekaj!" wątek sekciarskiej społeczności pasożytującej na zwabionych podstępem przybyszach. I nie tylko to, bowiem wspólna dla obu filmów jest także cięta obserwacja socjologiczna służąca za katalizator tak horroru, jak i czarnej komedii - rozgrywanych zresztą zazwyczaj w obrębie tej samej, dyskomfortowej sceny.

Tak, bodaj największym zaskoczeniem "Midsommar" okazuje się to, jak bardzo ta ekstrawagancka, makabryczna fantasmagoria bywa zabawna, najczęściej w scenach - i to też punkt wspólny z "Uciekaj!" - zderzenia kultur. Show kradnie tu Will Poulter (skądinąd odkrycie komedii "Millerowie", gdzie naturalną vis comica przyćmił Jasona Sudeikisa i Jennifer Aniston) jako jankeski prostaczek kierujący się chucią, poza którą świata nie widzi. Ale swoje momenty mają także William Jackson Harper (Chidi z serialu "Dobre miejsce") w roli pseudointelektualisty, który bardzo chce wszystkim zaimponować, ale nigdy mu to nie wychodzi, oraz Jack Reynor ("Transformers: Wiek zagłady") jako bufonowaty impotent Christian - szczególnie w jednej z najbardziej groteskowych scen seksu, jakie widziało kino.

To wszystko jednak tylko poboczne atrakcje. W centrum wydarzeń stoi Dani i jej skomplikowana relacja z niedojrzałym Christianem. Reżyser delikatnie, w strzępkach dialogów lub dyskretnych spojrzeniach, ujawnia prawdę o ich związku. Christian nie jest typem brutalnego przemocowca, cechuje go raczej egocentryzm, pasywna agresja i wpędzanie Dani w poczucie winy. Jego postawa, na pierwszy rzut oka pomocna i współczująca, tylko potęguje załamanie nerwowe dziewczyny. Florence Pugh ("Lady Makbet") kolejny raz udowadnia, że jest jedną z najlepszych aktorek młodego pokolenia. Brytyjka (tu z bezbłędnym amerykańskim akcentem) rewelacyjnie oddaje emocjonalny klincz, w jakim tkwi jej bohaterka, i imponuje skalą talentu w scenach oscylujących od cichego smutku do ataków paniki.

Niespodziewanie - dla siebie i widza - Dani odnajduje w Hårdze ukojenie i zrozumienie. A nawet więcej: zyskuje nową rodzinę. Tutejszy pogański matriarchat może i nie ucieka od krwawych rytuałów, ale zarazem oferuje nieszczęsnej dziewczynie empatię niespotykaną w świeci zachodnim i siostrzeństwo oparte na współodczuwaniu, pozwalające Dani wreszcie wykrzyczeć ból i przepracować traumę. Tylko czy to faktycznie katharsis, czy może czyste szaleństwo? Siła filmu polega na tym, że Aster nie podaje odpowiedzi na tacy. Zamiast tego, zaprasza nas do sfery relatywizmu moralnego, igrając z naszymi uprzedzeniami kulturowymi.

Hårga jest symultanicznie idylliczna i odrażająca, jest rajem i piekłem, koszmarem i sennym marzeniem - w zależności od tego, kto patrzy. Zresztą, czy można w ogóle przykładać współczesne standardy moralne do świadomie zacofanej kultury, która oparła się chrześcijańskiemu patriarchatowi - symbolizowanemu tu akurat mało subtelnie przez impertynenta o nieprzypadkowym imieniu Christian? Wreszcie - kto tu właściwie jest bardziej prymitywny - ludzie, którzy wszędzie pchają się z buciorami, jak po swoje, a seniorów spychają do gett "spokojnej starości", czy ludzie od wieków koegzystujący w harmonii z naturą i pod koniec życia dobrowolnie składający się w ofierze podczas obrządku cokolwiek szokującego - ale tylko dla obcych?

Koniec końców, perwersyjne i dowcipne "Midsommar" wypada jako kontrkulturowa feministyczna fantazja o wyzwoleniu i zemście dużo błyskotliwiej niż przeceniana i przyciężka "Opowieść podręcznej". Jakże przydałby się w naszej purytańskiej, klerykalnej rzeczywistości taki frywolny pogański matriarchat! To mógłby być jeszcze lepszy towar eksportowy Szwecji niż meble IKEA. Tylko bez zabijania, poproszę.

"Midsommar", USA 2019, reż. Ari Aster, dystrybucja: Gutek Film