Unikalny obraz irańsko-szwedzkiego reżysera ma zresztą rodowód literacki. Za kanwę posłużyło opowiadanie Johna Ajvide Lindqvista, pisarza, którego prozę spopularyzował głośny horror "Pozwól mi wejść" i jego amerykański remake. Kto pamięta ten wampirzo-społeczny dreszczowiec, tego konwencja "Granicy" specjalnie nie zdziwi. Zagadnienia istoty człowieczeństwa mogą być wspólne z Nałkowską, ale już sposób, w jaki Abbasi zestawia je z tematami odmienności i izolacji, wpisuje się raczej w bogatą tradycję fantastyki, począwszy od "Pięknej i bestii" czy "Frankensteina", na zeszłorocznym laureacie Oscara, "Kształcie wody", kończąc.

Opowieść koncentruje się na losach szpetnej kobiety obdarzonej niebywałym, wręcz zwierzęcym zmysłem powonienia. W innym uniwersum Tina (Eva Melander) mogłaby z powodzeniem zasilać szeregi wykluczonych społecznie X-Menów, ale na szwedzkiej prowincji jej zdolność do wyczuwania strachu, wstydu czy złych zamiarów zapewnia jej stabilną pracę celniczki na przystani promowej. Tu bohaterka czuje się w miarę pewnie, może poza chwilami, gdy jakiś przechodzień rzuca półszeptem pod jej adresem "co za paskudne babsko" lub podobną inwektywę.

Fizys Tiny rzeczywiście daleko odbiega od kanonu piękna. Celniczka stara nie rzucać się w oczy, emanuje z niej wieczne zakłopotanie, od razu widać, że mimo lat przykrych doświadczeń wciąż nie oswoiła swojej "inności". Przez moment nawet się wydaje, że idący za tym ostracyzm, dojmująca samotność i kompleksy bohaterki będą głównymi tematami filmu. Wtedy jednak w życiu Tiny pojawia się tajemniczy przybysz o analogicznie specyficznym wyglądzie.

"Jestem brzydkim, dziwnym człowiekiem z wadą chromosomalną", wyznaje mu ona, gdy już bliżej się poznają. "Nie ma w tobie żadnej wady", odpowiada on. "Jeśli różnisz się od reszty, to dlatego, że jesteś lepsza". "Jestem zdeformowana". "Jesteś idealna".

Pewny siebie i niezwykle bezpośredni Vore (Eero Milonoff) pomoże Tinie przełamać nieśmiałość i tabu. W katartycznej scenie para pobiegnie nago przez las, dziko zawodząc. A potem będzie nieokiełznany, wyzwolony seks, pełen skowytu, charczenia, całej gamy pierwotnych dźwięków i zachowań. Niesamowita scena, która łatwo mogłaby przerodzić się w groteskę, gdyby nie imponujące wyczucie reżysera i aktorów. Tym bardziej że nie jest łatwo grać pod toną makijażu, a szczególnie zmieniona nie do poznania Melander tak w tej, jak i w innych scenach wydobywa ze swej dziwacznej postaci potężną skalę emocji.

Atrakcje bynajmniej nie kończą się na transgresywnej love story. Abbasi przekracza granice gatunkowe, sięgając po elementy skandynawskiego kryminału, mrocznej baśni rodem z braci Grimm, a nawet kina queerowego. Mityczne stworzenia, eksperymenty genetyczne, migracja, ksenofobia, pedofilia - jakimś cudem wszystkie te wątki tworzą zasadniczo koherentną całość, choć film balansuje niekiedy, nomen omen, na granicy dobrego smaku. A może tylko na granicy tego, co zwykliśmy uważać za dobry smak?

Fascynujące, ile znaczeń skrywa ten niepozorny tytuł. Granica wyobcowania. Granica upokorzenia. Granica percepcji tego, co uznajemy za piękne lub słuszne. Granica tożsamości płciowej w zderzeniu z konstruktem społecznym. Granica tożsamości w ogóle. Wreszcie, granica człowieczeństwa, którą Tina wyznacza sobie, inaczej niż Zenon Ziembiewicz, poprzez bezwarunkową niezgodę na krzywdzenie innych.

"Granica" była szwedzkim kandydatem do Oscara dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego. Niektórzy spodziewali się także wyróżnienia dla fenomenalnej Evy Malander. Ostatecznie skończyło się na nominacji za charakteryzację. Niewątpliwie zasłużonej, ale zarazem stanowiącej dowód na granicę tolerancji Amerykańskiej Akademii Filmowej na "obce" kino wymykające się wszelkim szufladkom.

"Granica", Szwecja / Dania 2018, reż. Ali Abbasi, dystrybucja: Aurora Films