Akcja filmu rozgrywa się w roku 1962, a więc na dwa lata przed ustawą o prawach obywatelskich, znoszącą segregację rasową w miejscach publicznych. Na Południu USA schyłkową popularnością cieszy się jeszcze "The Negro Motorist Green Book" autorstwa Afroamerykanina Victora Hugo Greena, przewodnik po motelach, restauracjach czy stacjach benzynowych obsługujących czarnych podróżników.

Osobliwy informator turystyczny przydaje się, gdy Don Shirley, afroamerykański pianista jazzowy światowej klasy, rusza w tournée po południowych stanach. Jako kierowcę i ochroniarza w jednej osobie najmuje Tony'ego "Lipa" Vallelongę, włoskiego cwaniaczka, pracującego na co dzień na bramce słynnego nowojorskiego klubu Copacabana, chwilowo zamkniętego na czas renowacji. Tony jest rasistą, ale że nie śmierdzi groszem, przyjmuje intratną ofertę bez większego wahania.

I tak opowieść wpada w koleiny kumpelskiego kina drogi tudzież międzyrasowej komedii o dwóch niedopasowanych partnerach spod znaku "48 godzin". Shirley i Lip są niczym odwróceni charakterologicznie i socjalnie Driss i Philippe z "Nietykalnych", wrzuceni w schemat "Wożąc panią Daisy" à rebours. Choć jednak pewne novum stanowi fakt, że tym razem to biały pełni służebną rolę wobec czarnego, zasadniczo jest tak bezpiecznie i familijnie, jak w tamtych filmach, z podobnie ciepło podanym przesłaniem o porozumieniu ponad podziałami - skądinąd bardzo potrzebnym w dzisiejszych czasach.

Ale analogiczne są także kontrowersje - część krytyków, identycznie jak po premierze "Nietykalnych", zarzuca "Green Book" nie zwalczanie, lecz utrwalanie stereotypów. W przypadku francuskiej komedii o afrykańskim imigrancie na usługach kalekiego burżuja słuszne wątpliwości budziło klasistowskie "oswajanie dzikiego". W "Green Book" to biały jest bardziej "dziki", co paradoksalnie też skutkuje zarzutami o klasizm i rasizm - jakoby film w podtekście forsował tezę, że tylko dystyngowany i wykształcony czarny może dostąpić "zaszczytu" przyjaźni z białym, w dodatku białym z klasy niższej. Słowem, i tak źle, i tak niedobrze, a dochodzą jeszcze do tego pretensje spadkobierców Shirleya i środowisk afroamerykańskich o przesadne udramatyzowanie prawdziwej historii (tak jakby było to czymś nowym w Hollywood), o zawłaszczenie kulturowe i whitewashing (czyli przedstawienie biografii czarnego człowieka z "białej" perspektywy), czy wreszcie o uformowanie wybitnego muzyka na kształt stereotypowego "magicznego Murzyna" - tajemniczej, uduchowionej figury mędrca, którą często odgrywa Morgan Freeman, i która zdaje się istnieć tylko po to, by pomóc białemu bohaterowi przepracować jego problemy.

Czy to wszystko są zarzuty wyssane z palca? Skądże. Każdy jest mniej lub bardziej zasadny - co nie znaczy, że powinniśmy dać sobie narzucić taką czy inną interpretację. Tym bardziej, że akurat w przypadku kwestii rasowych dotykamy bardzo delikatnej materii, niezwykle podatnej na niesnaski. Przecież nawet taka "Czarna Pantera", produkcja o kolosalnym znaczeniu emancypacyjnym dla Afroamerykanów, bywała oskarżana o neokolonializm i paternalizm wobec Afryki. Tu nigdy nie będzie jednej "słusznej" racji.

Nie ma natomiast sporu co do tego, że największą siłą filmu pozostają nominowane do Oscara kreacje Viggo Mortensena i Mahershali Alego.

Mortensen, Amerykanin o duńskich korzeniach, jest pod względem akcentu i manieryzmów równie wiarygodny jako "dumny Włoch" z Bronksu, jak był w także nominowanej do Nagrody Akademii roli Rosjanina Nikolaja we "Wschodnich obietnicach" Davida Cronenberga. Jego Tony Lip to facet z gatunku tych zaludniających zwykle drugi plan u Scorsesego, uliczny mądrala, który może i nie grzeszy elokwencją - nazwisko Szopena wymawia "Joe Pan" - za to potrafi znaleźć wyjście z każdej sytuacji. To właśnie dlatego zatrudnia go Don Shirley, sztywny ekscentryk o nienagannych manierach, emanujący zewnętrznym spokojem, jakiego mógłby mu pozazdrościć sam Martin Luther King. Ale to tylko poza, bo jako czarny skryty gej z wyższych sfer, wyobcowany tak wśród swoich, jak i z natury rzeczy w świecie białych, bohater jest bardzo skonfliktowany wewnętrznie - co Mahershala Ali, zdobywca Oscara za rolę wrażliwego gangstera w arcydzielnym "Moonlight" Barry'ego Jenkinsa, znów wirtuozersko odgrywa; to kolejny popis aktora w tym sezonie, po "potrójnej" roli Wayne’a Haysa w trzeciej serii "Detektywa".

Kontrast między grubiańskim usposobieniem i jowialnym poczuciem humoru Lipa a powagą i smutkiem Shirleya niejednokrotnie owocuje kapitalnym komizmem sytuacyjnym, choć są i momenty dokładnie tak "subtelne", jak można by się spodziewać po Peterze Farrellym, połowie braterskiego duetu odpowiedzialnego za takie perły kina, jak "Głupi i głupszy" czy "Sposób na blondynkę" - w jednej ze scen Włoch pochłania zrolowaną pizzę, jakby jadł hamburgera, w innej, jeszcze bardziej problematycznej, biały uczy czarnego cieszyć się smakiem smażonego kurczaka. I tak, wbrew niewątpliwie dobrym intencjom, twórca chwilami sam robi swojemu dziełu niedźwiedzią przysługę.

Jednak inne sceny wydają mi się w filmie kluczowe. W pierwszej z nich Tony reaguje szczerym zdumieniem na wyznanie Shirleya, że ten nie zna "czarnej" piosenki lecącej w samochodowym radiu. "To Little Richard! Nigdy nie słyszałeś o Chubbym Checkerze? O Arethcie?", unosi się krewki kierowca. Po czym wyrzuca swemu pasażerowi-pracodawcy, że poprzez niechęć do rock and rolla, ale także status społeczny, jest mniej "czarny" niż sam Lip.

W drugiej scenie, będącej pokłosiem poprzedniej, dochodzi do emocjonalnego wybuchu Shirleya. "Jeśli nie jestem dość czarny, jeśli nie jestem dość biały, jeśli nie jestem dość mężczyzną, to czym jestem?!", wykrzykuje retorycznie muzyk w przejmującym monologu.

I tu przechodzimy do sedna sprawy: "Green Book" jest filmem nie tyle o nietypowej przyjaźni białego z czarnym, ile o rodzącej się więzi wyrzutków tkwiących społecznie i mentalnie pomiędzy rasami.

Obopólna niechęć amerykańskich Włochów i Afroamerykanów to rzecz raczej powszechnie znana, w kinie podnoszona regularnie choćby przez Spike'a Lee (nawiasem, także nominowanego w tym roku do Oscara, za "Czarne bractwo", kolejny szeroko dyskutowany film o rasie) w takich obrazach, jak jego opus magnum "Rób, co należy", "Tropikalna gorączka", "Mordercze lato" czy "Ona mnie nienawidzi". Lee bywał nawet nazywany "najbardziej antywłoskim reżyserem wszech czasów", choć gwoli sprawiedliwości trzeba oddać, że reżyser wychowany w sycylijskiej dzielnicy Brooklynu portretował Włochów w całej złożoności, nie tylko jako agresywnych mafiosów - do jakiego to stereotypu przyzwyczaiło nas przecież znacznie bardziej mainstreamowe kino, począwszy od "Ojca chrzestnego", przez "Chłopców z ferajny", po "Rodzinę Soprano". Jak na ironię, we wszystkich tych filmach występował prawdziwy Tony Lip, którego sława bramkarza, a później konferansjera z Copacabany, zaprowadziła do Hollywood. Tego samego Hollywood, gdzie od zarania rozrywki w dużej mierze dostarczali właśnie Włosi i Afroamerykanie, jak Rudolf Valentino, Sammy Davis Jr., Nat King Cole czy Dean Martin, urodzony jako Dino Crocetti. Nic zatem dziwnego, że te kultury się przenikały i nadal przenikają - na muzyce operowej "króla tenorów" Enrico Caruso wychowało się wielu czarnych Amerykanów, w tym między innymi Louis Armstrong, zaś popularny raper Puff Daddy zwykł dodawać sobie splendoru przydomkiem "Czarnego Sinatry".

Mało kto jednak pamięta, a już w Polsce szczególnie nie jest to wiedza szkolna, że pierwsi Włosi w Ameryce harowali na plantacjach. W bardzo ciekawej książce "Flavor and Soul: Italian America at Its African American Edge" profesor John Gennari dowodzi, że wielu włoskich imigrantów przybyło na amerykańskie Południe zaraz po erze niewolnictwa, nierzadko zastępując wyzwolonych Afroamerykanów na pozycji robotników rolnych. "Niektórzy Włosi przenieśli się do obszarów miejskich, takich jak Nowy Orlean, i nie jest zbiegiem okoliczności, że Włosi, zwłaszcza Sycylijczycy, mocno przyczynili się do rozwoju jazzu na początku XX wieku", pisze Gennari.

Autor podnosi także temat "niejednoznacznej rasy" Włochów, "gdzieś pomiędzy bielą a czernią". Z tego powodu przybysze z Italii byli w Ameryce często dyskryminowani - na Południu chodzili do oddzielnych szkół niż biali, wraz z dziećmi Afroamerykanów, niekiedy padali również ofiarą samosądów. Dość wspomnieć, że za największy lincz w dziejach Stanów uznaje się właśnie masowe morderstwo jedenastu niewinnych Włochów w Nowym Orleanie końca XIX wieku. "Dopiero po drugiej wojnie światowej Włosi stopniowo zyskiwali białą tożsamość, podobną innym europejskim grupom imigrantów, takim jak Niemcy i Irlandczycy", zauważa Gennari.

Gdzieś na styku wzajemnych zależności, uprzedzeń, ale i respektu, wytworzył się zatem swoisty mikrokosmos włosko-afroamerykański. "Green Book" jest kolejnym i wciąż bardzo nielicznym przykładem filmu z ostatnich lat - po "Creedzie" Ryana Cooglera, gdzie młody Afroamerykanin przejmuje schedę po "Włoskim Ogierze" Sylvestra Stallone'a - ukazującym te złożone relacje wreszcie w pozytywnym świetle. Warto się wybrać w tę podróż.

"Green Book", USA 2018, reż. Peter Farrelly, dystrybucja: M2 Films