Jest wigilijny poranek. Rodzina jak z obrazka wraca w sielankowym nastroju z próby jasełek. W agencji stockowej podpisaliby ich zdjęcie jako "Szczęśliwa klasa średnia". Teraz mogą już tylko oczekiwać na przybycie Mikołaja. Ale to nie on okazuje się niespodziewanym gościem.

Idyllę burzy nastoletni syn pani domu, który w tym momencie powinien przebywać w klinice odwykowej. Radość, wściekłość, konsternacja. Różni członkowie familii różnie reagują na wizytę Bena. Przemyślana ekspozycja od razu ustawia nam relacje między bohaterami. Już po chwili wiemy, że matka kocha bezwarunkowo i pójdzie za synem w ogień, ojczym mu nie ufa, a część rodzeństwa się go boi. Niekomfortowe napięcie szybko eskaluje, niczym w niedocenianej "Rachel wychodzi za mąż" Jonathana Demme'a, gdzie narkomanka grana przez Anne Hathaway wracała w pielesze na ślub siostry.

Inne nieodzowne skojarzenie to "Manchester by the Sea". Nie tylko dlatego, że Bena gra Lucas Hedges, który wypłynął właśnie rolą u Kennetha Lonergana. Oba filmy łączy również motyw rodziny w rozsypce wskutek jednego nieszczęśliwego zdarzenia, a także dojmująca atmosfera desperacji i niemocy. Choć "Powrót Bena" jest wyreżyserowany bardziej "po bożemu", bez wyrazistego rysu autorskiego. Co skądinąd symptomatyczne dla patchworków gatunkowych, jak w tym przypadku, gdzie dostajemy (znakomity) dramat, (nieco zbyt naiwny) thriller i (słuszne) kino interwencyjne w jednym.

Patchworkowa jest także filmowa rodzina. Patchworkowa i dwurasowa. Ona biała, on czarny, para ich wspólnych dzieci i dwoje starszych dzieci z jej pierwszego małżeństwa. Dynamika między Julią Roberts w szczytowej formie (ależ ona pięknie się starzeje, tak aktorsko, jak i pod względem, nomen omen, nieprzedawkowania botoksu) a resztą obsady jest bezbłędna. Miło też zobaczyć Courtneya B. Vance'a w roli rzadko przypadającej Afroamerykanom. A jeszcze bardziej cieszy odwrócenie krzywdzącego stereotypu - wreszcie film, gdzie czarny mężczyzna występuje jako stateczny żywiciel rodziny, zaś w skórę narkomana i kryminalisty wskakuje biały nastolatek.

Niektórzy będą się tu zapewne dopatrywać "poprawności politycznej", natomiast prawda jest taka, że choć wielka mistyfikacja Nixona wciąż zbiera swoje żniwo i w masowej wyobraźni nadużywanie heroiny nadal funkcjonuje jako problem głównie czarnych gett, to co najmniej od dekady dotyczy on wszystkich grup demograficznych, a zwłaszcza młodych osób białych, z których wiele wpada w nałóg - tak jak Ben - po zażyciu silnych leków przeciwbólowych, zawierających substancje opioidowe.

"(...) Córki pastorów, synowie gliniarzy i lekarzy, dzieci przedsiębiorców, nauczycieli, właścicieli firm i bankierów. Niemal wszyscy byli biali. Dzieci najbardziej uprzywilejowanej grupy społecznej w najbogatszym kraju w historii świata (...)", wymienia Sam Quinones w znakomitym reportażu "Dreamland. Opiatowa epidemia w USA", wydanym u nas przez niezrównane Czarne. "Epidemia objęła większą grupę osób i pozostawiła za sobą więcej trupów niż plaga cracku z lat dziewięćdziesiątych lub heroiny z lat siedemdziesiątych XX wieku", dodaje.

Nixon byłby zapewne rozczarowany filmem Hedgesa, niemniej wszystkim innym polecam, tym bardziej że lekomania w Polsce to temat wciąż marginalizowany, mimo że jesteśmy w europejskiej czołówce. Niezłe kino, cenne ostrzeżenie.

"Powrót Bena", USA 2018, reż. Peter Hedges, dystrybucja: Best Film