"Grace..." nie jest filmem stricte biograficznym. To, jak zastrzegają w napisach początkowych twórcy, filmowa fikcja inspirowana prawdziwymi wydarzeniami. Dahan i jego scenarzysta, początkujący Arash Amel ("Wrobiony"), który jest jednocześnie producentem filmu, całkowicie popuścili wodze fantazji. Choć historycznie trzymają się stosunkowo blisko faktów (film rozgrywa się na początku lat sześćdziesiątych, na tle konfliktu francusko-monakijskiego), z życia Grace Kelly i księcia Rainiera uczynili operę mydlaną – z ogromnym budżetem. Usta swoich bohaterów hojnie napchali niewyobrażalną ilość zdań, w których występuje któreś z grupy słów, których na ekranie nadużywać nie wolno, chyba że ma się na to niezwykły patent. Tu go zabrakło, więc niemal każda kolejna klatka ocieka nieujętą w jakikolwiek ironiczny filtr zmiękczający ordynarnymi Miłością, Wiarą, Nadzieją, Rodziną i Patriotyzmem.

Jeśli Nicole Kidman jest w stanie wypowiadać napisane przez Amela dialogi bez mrugnięcia okiem, to tylko dzięki wysokiemu zagęszczeniu rozmaitych środków paraliżujących unerwienie w swoich tkankach twarzy. Apogeum sadystycznie wylewanej na widza fali patosu następuje chyba w scenie rozmowy Grace i Marii Callas (oczywiście znacznie atrakcyjniejsza niż pierwowzór Paz Vega). Najpierw gustownie nakręcone z oddala dublerki galopują przez drżące na wietrze pole, by natknąwszy się na ławicę reporterów, zboczyć z trasy i w ustronnym miejscu odbyć, wciąż w siodle, rozmowę o sensie życia i marzeń, brzmiącą jak streszczenie przewodnika motywacyjnego z supermarketowej wyprzedaży. Płowe kłosy w milczeniu przysłuchują się, jak Nadzieja i Wiara – oraz w tym wydaniu jeszcze Prawda – ponownie przystępują do werbalnego ataku na widza.

Tim Roth nie musiał się za bardzo przejmować karykaturalną wręcz miałkością tekstu, bo linijek ma niewiele. Grace Kidman gada i spogląda, wzdycha i potrząsa idealnie ułożoną koafiurą, wzbudzając (nie zawsze zamierzone) emocje widowni. Księcia Rainiera kamera konsekwentnie kreuje za to na egotystycznego gbura, który (typowy facet!) nie bardzo umie mówić o "tych emocjach". Na szczęście kiedy podczas finalnej przemowy księżna paraliżuje go taserem miłości, udowadniając, że potrafi być sprytniusią dyplomatką i używać mody w celach politycznych, książę wreszcie dostrzega jej wewnętrzne światło. I żyli długo i szczęśliwie. Wrrróć!... To chyba nie ta bajka...

Całą recenzję Anny Tatarskiej czytaj w portalu Stopklatka.pl>>>