Film, którego reżyserem i autorem scenariusza jest Skolimowski, powstał faktycznie już w 1967 roku. Po sprzeciwie cenzury nie wszedł jednak na ekrany, zasilając tym samym szeregi tzw. "półkowników", czyli filmów zalegających na cenzorskich półkach. - – ocenił Zarębski. - – dodał krytyk.
To właśnie ta scena na tyle rozwścieczyła peerelowską cenzurę, że obraz młodego reżysera po łódzkiej filmówce został zakazany, a on sam musiał zmierzyć się z poważnymi kłopotami. - – wspominał reżyser, odbierając w Wenecji Złote Lwy za osiągnięcia życia.
Reżyser wielokrotnie później powtarzał, że sytuacja po zakazaniu filmu była dla niego bardzo trudna. - – wspominał w "Magazynie Filmowym" artysta. - – zauważył Zarębski, dodając jednocześnie, że "jest to człowiek, który tutaj wyrósł na wielkiego i samorodnego artystę. Jego debiutancki film zdobył uznanie i stał się symbolem młodego kina autorskiego połowy lat 60. To uczyniło ze Skolimowskiego twórcę bardzo interesującego".
Skolimowski wyjechał, ale po 14 latach pozwolono mu wrócić do wycofanego wcześniej dzieła. W 1980 roku dokręcił prawie 25 minutowy prolog, dzięki czemu cenzura zaaprobowała film. "Ręce do góry" pokazano w 1981 roku na festiwalu w Gdańsku i pomimo, iż prolog odstawał poziomem od reszty, film został przyjęty dość dobrze, czego wyrazem nagroda specjalna festiwalu, którą otrzymał właśnie Skolimowski. Po latach reżyser wspominał:.
W tym czasie na łamach magazynu "Kino" krytyk Jerzy Płażewski napisał: . Ostatecznie film wszedł na ekrany polskich kin dopiero 21 stycznia 1985 roku, w wersji bez prologu. Skolimowski czekał więc niemal 20 lat, by "Ręce do góry" – trzecia część tzw. trylogii o Andrzeju Leszczycu, o którym mówi się, że stanowi alter ego samego Skolimowskiego - mogła w PRL zagościć na dużym ekranie.
Ciekawa jest geneza nazwiska, jakie reżyser nadał swojemu bohaterowi. Leszczyc to bowiem rodzinny herb artysty, o czym wspomina w wywiadzie dla "Magazynu Filmowego": .
Skolimowski debiutował już podczas studiów w łódzkiej Filmówce, realizując "Rysopis" (1964) - pierwszą część trylogii o Andrzeju Leszczycu. W rolach głównych wystąpił sam autor – jako Andrzej Leszczyc i Elżbieta Czyżewska – Teresa/Barbara/żona Leszczyca. Obraz o wyraźnych akcentach autobiografii, uhonorowano nagrodą za reżyserię i zdjęcia łódzkiej szkoły, a także Syrenką Warszawską dla najlepszego filmu fabularnego. Film zdobył również Grand Prix Festiwalu Filmowego w Arnhem. Kolejnym filmem zrealizowanym przez Skolimowskiego był "Walkower" (1965). Ten czarno-biały, psychologiczny film stanowi jednocześnie drugie ogniwo trylogii. W rolę Andrzeja Leszczyca ponownie wcielił się Skolimowski, w pozostałych rolach wystąpili Aleksandra Zawieruszanka – jako Teresa Karczewska, Krzysztof Chamiec – jako dyrektor kombinatu i ponownie Elżbieta Czyżewska – jako dziewczyna na dworcu.
- – ocenił Zarębski, dodając jednocześnie, że "tak naprawdę nie zdajemy sobie sprawy z pozycji Skolimowskiego na Zachodzie". - - wskazał.
Dopełnieniem trylogii o Leszczycu, filmów porównywanych w swej wymowie i estetyce do francuskiej Nowej Fali, miał być właśnie "Ręce do góry". Do współpracy przy scenariuszu tego politycznego i autobiograficznego filmu zaprosił Skolimowski Andrzeja Kostenkę. W głównych rolach obsadził Tadeusza Łomnickiego, Adama Hanuszkiewicza, Joannę Szczerbic i Bogumiła Kobielę. Reżyser został rzecz jasna Andrzejem Leszczycem – w tej części również pojawia się jako Zastawa. Ciekawy wydaje się pomysł z nadaniem imion bohaterów od marek istniejących wówczas samochodów (Wartburg, Opel Rekord). Warto również wspomnieć, że muzykę do filmu napisał słynny Krzysztof Komeda.
W odróżnieniu od poprzednich części trylogii, nie skupia się on jedynie na osobie Leszczyca. Tutaj bohaterem jest zbiorowość – młodzi lekarze, pokolenie trzydziestolatków. Film zaczyna się sceną zjazdu absolwentów medycyny, stanowi on okazję do poczynienia podsumowań życiowych wyborów i postaw. Akcją opowieści w większości są wagony kolejowe, ma to charakter symboliczny. Równie symboliczna i wymowna jest scena z czterookim Stalinem i reakcja odgrywanego przez Kobielę Wartburga, którzy ucieka i krzyczy, że przez ten jeden błąd całe jego dotychczasowa praca i trud, nie mają już sensu. "Jest to najszczerszy film, jaki w życiu wykonałem" – wyznał po latach Skolimowski.
19 października 2015 roku w kinie Kultura w Warszawie odbyła się premiera filmu po cyfrowej rekonstrukcji. Reżyser wspominał wówczas: .