Dotychczas była pani znana czytelnikom przede wszystkim jako autorka portretów pierwszych dam, gwiazd PRL i spikerek TVP z tamtego okresu. Pracę nad biografią Andrzeja Żuławskiego potraktowała pani podobnie, jak poprzednie zadania reporterskie?

Aleksandra Szarłat: Kiedy wpadłam na pomysł napisania biografii Andrzeja Żuławskiego, nie zdawałam sobie sprawy, jak trudne jest to zadanie. Oczywiście, każdą z książek i jej bohaterów traktuję tak samo poważnie. Dokładnie badam ich życiorysy, zastanawiam się, jakie wnioski po lekturze mogą nasunąć się czytelnikowi. Natomiast w przypadku Andrzeja Żuławskiego – choć znałam go 20 lat – nie sądziłam, że będzie to tak wielkie wyzwanie. Biografia powstawała dwa i pół roku. Był to dla mnie stresujący, intensywny, ale i niezwykle ciekawy czas. Wchodzenie w życie Andrzeja Żuławskiego jest przygodą. Mam nadzieję, że dałam posmak tej przygody czytelnikowi.

Jak poznała pani Andrzeja Żuławskiego?

Nasze pierwsze spotkanie miało miejsce w 1996 r. Żuławski akurat przyjechał do Polski, żeby dopiąć sprawy produkcyjne związane z "Szamanką". Byłam wtedy dziennikarką prasową i umówiłam się z nim na wywiad w kultowej dziś kawiarni Mozaika. Przyszedł przystojny, elegancki, szarmancki mężczyzna. Rozmowa była ciekawa, aczkolwiek nie dotyczyła filmów, tylko rodu Żuławskich. Mówiliśmy o ojcu Andrzeja – dyplomacie i pisarzu Mirosławie, o stryjecznym dziadku Jerzym Żuławskim, autorze "Na srebrnym globie", i jego synach: malarzu Marku, Juliuszu, który był znanym tłumaczem i dramaturgiem oraz kompozytorze Wawrzyńcu. O ich drodze artystycznej i oczywiście o samym Andrzeju Żuławskim.

Kolejny wywiad z reżyserem przeprowadzałam już jako redaktorka "Twojego Stylu" tuż przed premierą filmu "Wierność". To była era Sophie Marceau w życiu Żuławskiego. Do Wesołej, gdzie reżyser mieszkał, pojechałyśmy we dwie z koleżanką. Ona rozmawiała w ogrodzie z Sophie, a ja w domu z Andrzejem. Co jakiś czas przybiegał do nas pięcioletni Wincenty, jak mówił na niego ojciec, któremu z powodu choroby nie wolno było wychodzić z domu. Mijały kolejne lata, a ja co jakiś czas dzwoniłam do Andrzeja z dziennikarskimi pytaniami albo chcąc umówić się na kolejną rozmowę. Bardzo dobrze je wspominam. Myślę, że lubił je także Andrzej Żuławski. Po którymś z wywiadów podarował mi swoją świeżo wydaną książkę "Te Panie" z dedykacją: "Drogiej Pani Oli, z którą tak dobrze się rozmawia, serdecznie Andrzej Ż.".

Prowokujący, przyciągający, piekielnie inteligentny. Musiał być wymarzonym interlokutorem.

Był niezwykłym erudytą, nieprawdopodobnie oczytanym. To wielka przyjemność móc rozmawiać z kimś takim. Jedno ze spotkań szczególnie zapadło mi w pamięć. Zaproponowałam, by Andrzej Żuławski wybrał sobie na rozmówcę artystę, którego twórczość szczególnie go zaciekawia, a ja poprowadzę to spotkanie. Wybór padł na Jana Klatę, reżysera równie kontrowersyjnego jak Żuławski, tyle że w teatrze. Doszło do interesującej rozmowy o polskości, losie emigranta i sztuce. Kiedy po pewnym czasie pomyślałam, że warto byłoby znów spotkać się z Andrzejem, przeczytałam na Facebooku wpis Xawerego Żuławskiego, że ojciec jest ciężko chory. Kilka dni później pojawił się nekrolog. Poczułam wielki smutek.

Szczególnie interesujące w biografii Andrzeja Żuławskiego wydały mi się jego dwa światy – rzeczywisty i ten, który kreował na użytek mediów. W wywiadach opowiadał m.in., że jako mały chłopiec stracił pół twarzy wskutek wybuchu bomby. Jak docierała pani do prawdy?

To była poniekąd praca śledcza. Andrzej Żuławski powtarzał za Fellinim, że reżyser powinien okłamywać wszystkich wokół. I wcielał w życie tę zasadę, kiedy tylko mógł, tworząc barwny autoportret. Tyle że nieoparty na faktach. Dla dziennikarza taki rozmówca jest interesujący, ale dla biografa trudny do uchwycenia. Pierwszą nieścisłością, na jaką natrafiłam, był rzekomy wybuch bomby we Lwowie w 1941 r. Miała ona spaść na dom, w którym mieszkał z rodzicami. Tymczasem nie tylko źródła historyczne, ale i zapiski ojca Andrzeja, Mirosława, dowodzą, że pierwsze bomby spadły na Lwów zaraz na początku wojny, w 1939 r. Kolejną nieścisłością było "rozerwanie połowy twarzy". Na żadnym ze zdjęć z okresu dzieciństwa nie ma śladu po odniesionych ranach. I tak zaczęłam dokładnie wszystko sprawdzać. Okazało się, że fantazjował też na temat rodziny, np. Jerzemu Żuławskiemu jako legioniście "kazał" zginąć na polu bitwy pod Konarami w 1915 r., kiedy to śmiertelna kula, zanim trafiła w serce, przeszyła kieszonkę munduru, w której był wiersz Jerzego napisany dla synka. W rzeczywistości Jerzy Żuławski zmarł w polowym szpitalu na tyfus. Innym z mitów jest śmierć siostry, która "umierała z głodu na naszych rękach", gdy tymczasem zmarła w szpitalu w trakcie porodu. To tylko kilka przykładów, w moje książce jest ich znacznie więcej. Rozwikłanie każdej takiej zagadki było moim małym sukcesem, ale okupionym stresem. Nie wiedziałam, jak rodzina przyjmie fakt, że podważam wypowiedzi artysty. Na szczęście rodzina, zresztą wspaniała, przyjęła moje działania ze zrozumieniem.

Wiele miejsca poświęca pani okresowi młodości reżysera, kiedy kształtowała się jego silna osobowość. Kto miał na niego największy wpływ?

Na pewno ojciec. Gdy Andrzej Żuławski był dzieckiem, ojciec stanowił dla niego wzór. Podczas wojny we Lwowie Mirosław prężnie działał w AK i to było fantastyczne, ale później wybrał inną drogę - dla dyplomatycznej kariery zaprzedał duszę komunistom. Dorosły już syn długo nie mógł się z tym pogodzić. Kochał ojca, a jednocześnie się z nim wadził. Ten dyskurs prowadził przez lata, nawet po śmierci ojca. Dopiero pod koniec swojego życia zaczął ojca tłumaczyć. Z drugiej strony, gdyby nie Mirosław, Andrzej nie miałby szansy ukończyć studiów we Francji i tak głęboko zapisać się w historii francuskiego filmu. Skomplikowana była także jego relacja z matką, która nie okazała się, zgodnie z popularnym modelem "świętą dziewicą", mającą w życiu tylko jednego mężczyznę - ojca jej dzieci. Czesława, zanim związała się z Mirosławem, była już mężatką. I nie wiadomo, czy ona i Mirosław w ogóle byli małżeństwem. Andrzej o matce pisał chłodno, wyrzucał jej czytanie popularnej literatury, a nawet kokieterię. Nie przyjmował do wiadomości, że każdy ma prawo do własnego życia. A że los matki potoczył się tak, że jej pierwszy mąż zaginął podczas wojny i związała się z Mirosławem? Takie historie się zdarzały.

Na końcu książki zamieściła pani rozmowy z synami Andrzeja Żuławskiego - Xawerym, Ignacym i Wincentym. Można wysnuć z nich wniosek, że reżyser przekazał im niektóre traumy.

Rozmowy z synami Andrzeja wywarły na mnie piorunujące wrażenie. Wszyscy trzej szczerze mówili o swoich przeżyciach. Najtrudniejsze relacje z ojcem miał Ignacy, który został przez niego odtrącony, gdy jako dziecko wraz z matką, Hanną Wolską, wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Żuławski uznał, że skoro jego syn wyemigrował – a stała za tym decyzja obojga rodziców – to on nie musi się nim przejmować. Przerażająca była opowieść Ignacego o tym, jak pragnął kontaktu z ojcem, jak będąc na studiach prosił, by się spotkali, a Andrzej cały czas mówił "nie" i szukał kolejnych wymówek. Najlepszy kontakt z Andrzejem miał Wincenty, ale i on został mocno doświadczony przez ojca, który pod wpływem alkoholu ranił go, wygadując niestworzone historie o jego matce, Sophie Marceau.

W 1972 r. Andrzej Żuławski zrealizował "Diabła", który został odczytany przez cenzurę jako alegoria Marca'68 r. i zatrzymany przez cenzurę na 16 lat. Reżyser wyjechał do Francji lub – jak mówił – "go wyjechano". Co oznaczała dla niego emigracja?

Wyjazd do Francji otworzył mu wrota do kariery. "Najważniejsze to kochać" z Romy Schneider wywołało sensację. Dla Żuławskiego zaczął się świetny okres. Kręcił kolejne filmy i to z gwiazdami wielkiego kalibru, jak wspomniana Romy Schneider, Isabelle Adjani czy Klaus Kinski. Stał się rozpoznawalnym reżyserem. Był to wspaniały czas, ale i trudny. Artystę ciągnęło do Polski. Powtarzał, cytując Wyspiańskiego, że Polska jest w sercu. Był spadkobiercą polskiego romantyzmu. Z kolei jako reżyser miał wielkie oczekiwania wobec producentów. To spowodowało, że zaczęli się obawiać z nim współpracy. Nie znosił kompromisów. Najważniejsza była dla niego wolność. Także twórcza. Był pedantyczny, za wszelką cenę chciał realizować swoje wizje, często kosztowne, np. na potrzeby "Opętania" wymyślił monstrualną ośmiornicę, którą poruszało na planie aż dwunastu asystentów. Ośmiornica miała spółkować z żoną bohatera. Później powie, że tym filmem opowiada o związku z Małgorzatą Braunek, o miłości i zdradzie.

Rozstanie z Małgorzatą Braunek było chyba jedną z najistotniejszych cezur w życiu Andrzeja Żuławskiego. Kolejną było odejście Sophie Marceau.

Tak, te wydarzenia odcisnęły na nim piętno. Małgorzata Braunek była w nim zakochana. Dla niego rozwiodła się z mężem. Ale kiedy odkryła, że Andrzej ma romans z Romy Schneider, przestała myśleć o nim jako poważnym partnerze. Odeszła do kolejnej miłości. Potem wybrała drogę rozwoju duchowego. Andrzej Żuławski nie mógł tego ścierpieć. Bardzo źle znosił, kiedy kobiety go opuszczały. On mógł odejść, ale nie odwrotnie. Przy kolejnych partnerkach wypłakiwał żal spowodowany odejściem Małgorzaty, a później Sophie, która po 17 latach związku któregoś dnia po prostu spakowała walizkę. Życie z osobą uzależnioną od alkoholu nie jest łatwe. Dla niego to było nie do przejścia. Miotał się, ostrzegał przyjaciół, że popełni samobójstwo. Jednocześnie pisał, że ersatzem samobójstwa jest alkohol. Kiedy mówiono mu, żeby go rzucił, pytał, co mu wtedy pozostanie. Skomplikowany, niezwykły człowiek, ale nie dla najbliższych. Niedoceniany artysta, który wyprzedził swoją epokę.

Twierdził, że kino – jak dobra kawa – musi wyprzedzać smak chwili. Że to nie może być tyle i tyle, i do widzenia.

Tak. Obecnie jego filmy cieszą się coraz większym zainteresowaniem. Zarówno w Polsce, jak i za granicą organizowane są przeglądy twórczości Andrzeja Żuławskiego. Oczywiście, nie jest to kino dla każdego. Żuławski dzielił publiczność na mieszczan i rebeliantów. Mieszczanie preferują w kinie nieskomplikowane opowieści, które wywołują żądzę walki zamiast refleksji i rechot zamiast śmiechu. Kino Andrzeja Żuławskiego jest więc dla rebeliantów - ludzi, którzy chcą czegoś więcej, w których jest jakiś bunt, niezgoda na rzeczywistość i którzy potrzebują głębszych przemyśleń. Czas Andrzeja Żuławskiego właśnie nadchodzi.

Rozmawiała Daria Porycka/PAP

Biografia "Żuławski. Szaman" ukazała się nakładem wydawnictwa Agora.

Aleksandra Szarłat jest dziennikarką w przeszłości związaną m.in. z pismami "Twój Styl" i "Gala". Publikowała również w "Rzeczpospolitej", "Polityce", "Sztandarze Młodych", "Pani", "Elle", "Sukcesie", "Filmie". Wydała książki: "Pierwsze Damy III Rzeczpospolitej" (2016 r.), "Celebryci z tamtych lat" (2014 r.) i "Prezenterki. Tele-PRL" (2012 r.). Jest także współautorką książek: "Świat Andrzeja Fidyka" (2017 r.), "Wnętrza Gwiazd" (2011 r.), "Nie chodź do parku w niedzielę" (1982 r.) oraz "Bogowie naszej planety" (1981 r.). (PAP)